Wstręt i odraza w Las Vegas
Hunter S. Thompson
(Fragmenty)




8.
"Geniusze świata tego, gdy machną różdżką wraz, w jednym olśnienia błysku, odmienią serca mas".
Art Linkletter

Mieszkam w cichej okolicy, gdzie w nocy każdy dźwięk zwiastuje, że coś zaczyna się dziać. Jak oparzony wyskakuje z łóżka, próbuje szybko skojarzyć, co to znaczy.
Zazwyczaj nic. Jednak… Tym bardziej trudno mi się przestawić na miejski zgiełk, w ktorym noc jest pełna dźwięków, nawet znajomych i zwyczajnych. Samochody, klaksony, kroki… Nie ma szans by odpocząć; trzeba zatopić je w białym szumie telewizora. Zablokować to kurestwo miedzy kanałami i smacznie zasnąć.
Zignoruj koszmar w łazience. To tylko kolejny odpad generacji miłości, jeszcze jeden przeklęty gamoń, który nie wytrzymal ciśnienia. Mój adwokat nie był w stanie zrozumieć prawdy – najczęściej głoszonej przez nawróconych narkomanów, szczególnie tych na zwolnieniu warunkowym – że bez ćpania można odlecieć o wiele intensywniej.
Ja zresztą też w to nie wierzyłem. Ale kiedyś mieszkałem niedaleko doktora __*, byłego guru kwasiarzy, który ostatnio wyznał, że udało mu się dokonać gigantycznego skoku od totalnego zaćpania do ponadludzkiej świadomości. Pewnego pięknego popołudnia w San Francisko podczas pierwszego przypływu zjawiska, które wkrótce miało stać się Wielką Kwasową Falą, wpadłem do domu dobrego doktora, by zapytać (bo wtedy już był wybitnym autorytetem w dziedzinie narkotyków), co mógłby polecić sąsiadowi ogarniętemu zdrową ciękawością w temacie LSD.
Zaparkowałem przy chodniku i wygramoliłem się na żwirowany podjazd, po drodze zatrzymałem się, żeby uprzejmie pomachać jego żonie, która pracowała w ogródku… przycinała marchewki czy coś tam… Mruczała pod nosem jakąś melodię, ale nie potrafiłem jej rozpoznać.
Mruczała, Tak… Tyle że dopiero dziesięć lat później zrozumiałem, co to było: dźwięk, który mógłby wydawać Ginsberg gdyby posunął się za daleko w Om i próbował odmruczeć się ode mnie. W tym ogrodzie nie było żadnej staruszki; to dobry doktor we własnej osobie, a jego mruczanka była gorączkową próbą zablokowania mi dostępu do jego wyższej świadomości.
Pare razy próbowałem od nowa wyjaśnić cel swojej wizyty do dobrego doktora, żeby zapytać, czy warto zeżreć trochę LSD w swojej chacie u stóp wzgórza. A poza tym że mam spluwę. I że lubię z niej postrzelać – najlepiej w nocy, ze wszystkimi atrakcjami: niebieskim błyskiem i całym tym hukiem… Ach tak, no i naboje też mam. Nie można o nich zapomnieć. Duże kulki z ołowiu, śmigające po dolinie z prędkością 3700 stóp na sekundę.
Jednak zawsze celuje w najbliższą górkę lub – kiedy mi nie wychodzi po prostu – ładuje na oślep w ciemność. Żadnych szkód; po prostu lubię eksplozję. I zawsze uważam, żeby nie zabijać więcej, niż dam radę zjeść.
– Zabijać? – Wreszcie do mnie dotarło, że nigdy nie uda mi się porozumieć z istotą która mozoliła się w ogródku. Czy to coś w ogóle je mięso? Potrafi odmienić czasownik "polować"? Rozumie czym jest głód? Pojmuje obrzydliwy fakt, że zarabiam średnio 32 dolary na tydzień?
Nie… Tutaj na pewno nikt nie zrozumie. Jednak uświadomiłem to sobie zbyt późno, by uniknąć groźnego pomrukiwania doktora przez całą drogę do końca podjazdu. Słyszałem je jeszcze, kiedy wsiadłem do samochodu u dalej, aż na górskiej szosie. Zapomnij o LSD, pomyślałem. Zobacz co zrobiło z tym dupkiem.
No i tak utknąłem na następne pół roku z samym haszem i rumem, aż wreszcie przeniosłem się do San Francisko i pewnej nocy trafiłem do lokalu o nazwie "Fillmore Auditorium". I to było prawdziwie odkrycie. Mała szara kostka cukru i JEBUDU! Nagle wróciłem do ogrodu doktora. Ale nie na powierzchnię, tylko pod ziemię – wystawałem z pieczołowicie przekopanej gleby niczym jakiś zmutowany grzyb. Ofiara narkotykowej eksplozji. Zwierze ulicy biorące, co popadnie. Pamiętam jedną nockę w "Matriksie", gdzie jakiś włóczęga wpadł z wielkim plecakiem, wrzeszcząc:
– Chce ktoś trochę L… S… D…? mam wszystko co trzeba, potrzebuje tylko trochę miejsca na przygotowanie towaru!
Kierownik klubu powstrzymał go, mówiąć półgębkiem:
– Uspokuj się, wyluzuj. Chodź do biura.
Nigdy więcej nie widziałem tego włóczęgi, ale zanim go zwineli, już zdążył rozdać próbki. Wielkie białe kapsuły. Poszedłem do łazienki, żeby połknąć swoją porcję. Na początku wystarczy połówka, pomyślałem. Pomysł przedni, tyle że w takich okolicznościach trudno go było zrealizować. Zjadłem pół, ale reszta rozsypała mi się na rękaw czerwonej koszuli… I gdy zastanawiałem się co z tym fantem zrobić, zobaczyłem że do kibla wchodzi jeden z muzyków,
– co jest? – zapytał.
– no, wiesz… – odparłem – Ten biały proszek na moim rękawie to LSD.
Nie odezwał się ani słowem – po prostu złapał mnie za rękaw i się przyssał. Dość obleśny obrazek. Zastanawiałem się co by było, gdyby wpakował się na nas jakiś miłośnik Kingston Trio czy inny maklerek. A chuj z nim, pomyślałem. Przy odrobinie szczęścia ten widok pewnie rozpieprzyłby mu całe życie – już zawsze bałby się, że za drzwiami jego ulubionych barach czają się gościę w czerwonych koszulach, którzy podniecają się dewiacjami, o których on nie ma nawet bladego pojęcia. Ciekawe, czy sam odważyłby się possać komuś rękaw? Pewnie nie. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Lepiej udawać że nic się nie widziało.

Dziwne wspomnienie, jak na nerwową noc w Las Vegas. Mineło pięć lat? Sześć? Zdaje się, jakby od tamtego czasy upłynęło całe życie lub przynajmniej przemineła jego najważniejsza część – szczyt, który już nigdy się nie powtórzy. San Francisko w połowie lat sześćdziesiątych to było bardzo specyficzne miejsce i czas dla każdego, kto się tam znalazł. Może czaił się w tym ukryty sens? A może nie, przynajmniej na dłuższą metę… Ale żadne wyjaśnienie, żadne połączenie słów, muzyki i wspomnień nie podważyw pewności, że było się w tym zakątku czasu i przestrzeni. Cokolwiek by to znaczyło…
Trudno pochwalić się znajomością historii w czasach, kiedy fakty można kupić, lecz nawet ci, którzy jej nie śledzą mogą z całą pewnością stwierdzić, że od czasu do czasu energia całego pokolenia gromadzi się i eksploduje długim, jasnym błyskiem z przyczyn których nikt nie – i które później, z perspektywy czasu niczego nie tłumaczą. Moje najważniejsze wspomnienie tamtego okresu wiąże się z jedną z pięciu, a może czterdziestu nocy – albo wczesnych poranków – kiedy to na wpół obłąkany wychodzę z "fillmore" i zamiast wracać do domu, jadę swium ciężkim 650 lightening sto na godzinę przez Bay Bridge. Mam na sobie szorty L.L. Bean i pasterski kubraczek Butte… Z rykiem silnika pędzę przez tunel Treasure Island wprost na światła Oakland, Berkeley i Richmond, nie do końca pewny, w którą stronę mam skręcić, gdy dotrę do wylotu (silnik wciąż mi gaśnie na rogatkach, bo zajęty szukaniem drobnych zapominam wrzucić luz)… ale jestem absolutnie przekonany, że nieważne gdzie pojadę, i tak zawsze trafię do takiego miejsca, w którym ludzie są jeszcze bardziej ześwirowani i zapruci niż ja. Żadnych zwątpień w temacie. Szaleństwo trwa, gdziekolwiek spojrzeć, o każdej porze. Jeśli nie ma go po drugiej stronie zatoki, to znajdzie sie za Golden Gate albo w Los Altos, gdyby pojechać sto jedynką, a może w La Honda… Wszedzie trafi się na swoich. Wspaniałe wszechogarniające uczucie, że cokolwiek robimy, jest dobre; że to my wygrywamy. Myślę, że to co jest najważniejsze – wrażenie nieuchronnego zwycięstwa nad siłami wszystkiego, co stare i złe. Nie w militarnym sensie; nie o to nam chodziło. Nasza energia po prostu dominuje. Nie widzimy powodu, by walczyć – po waszej ani po ich stronie. To my napędzamy świat; unosimy się na grzbiecie rosnącej, cudownej fali.
A teraz, niecałe pięć lat później gdyby wspiąć się na strome wzgórze w Las Vegas i spojrzeć na zachód, to – jeśli ktoś wie, jak patrzeć – może niemal zauważyć ślad w miejscu, w którym ta fala załamała się i cofnęła.


[...]



Właśnie tak. Tylko co jest normalne? Szczególnie tutaj, w "naszym kraju" – w tej przeklętej erze Nixona. Wszyscy musimy walczyć o przetrwanie. Brakuje nam tego kopa, który napędzał lata sześćdziesiąte. Nakręcacze wychodzą z mody. Zresztą to była największa wada tripu, który proponował Leary. Rozbijał się po całej Ameryce, sprzedając "poszerzenie świadomości", nie zastanawiając się nawet przez chwilę nad dramatycznymi skutkami dla tych, którzy potraktują go zbyt poważnie. Po nauce w West Point i przygodzie z kapłaństwem, LSD musiało być dla niego kolejnym logicznym etapem… Niebezpiecznie się na nim przejechał, ale satysfakcję z tego powodu psuje fakt, że zbyt wielu ludzi pociągnął za sobą.
I nie chodzi o to, że nie zasłużyli sobie na taki los – niewątpliwie każdy dostał to, czego mógł się spodziewać. Żałośni wyznawcy kwasowego odlotu, którzy myśleli, że "pokój" i "zrozumienie" można kupić za trzy dolce od sztuki. Tyle że ich porażka jest także naszą porażką.
Leary pociągnął za sobą na dno uniwersalną iluzję całego stylu życia, który pomógł stworzyć… pokolenie nieuleczalnych kalek, zawiedzionych poszukiwaczy, którzy nigdy naprawdę nie zrozumieli oszustwa, na którym opierał się cały mistycyzm "kwasowej kultury"; ryzykownego założenia, że ktoś – lub przynajmniej jakaś nieznana moc – czuwa nad światłem na końcu tunelu.

Na tych samych okrutnych, chociaż – paradoksalnie – podnoszących na duchu bzdurach od wieków żeruje kościół katolicki. To samo można znaleźć w etyce wojskowej… Ślepa wiara w większe i mądrzejsze "autorytety". Papież, generał, premier… a najwyższy z nich wszystkich – Bóg.
Jadnym z najważniejszych momentów w latach sześćdziesiątych był dzień, kiedy Beatlesi związali się z Maharishim1. To tak jakby Dylan pojechał do Watykanu żeby ucałować papieski pierścień.
Najpierw przyszli "guru". Potem, gdy to nie zadziałało, nastąpił powrót do Jezusa. A eraz śladami pierwotnego przywództwa Mansona nadciągneła cała fala nowych komun pod przywódctwem bogów w stylu Mela Lymana2, Avatara czy tego gościa (jak mu tam), który założył grupę Spirit and Flesh. Barger3 nigdy się tym nie przejmował, ale to on był najbliżej rozpętania piekła i dokonania przełomu. Hell's Angels stracili szansę na zwycięstwo w 1965 roku, kiedy pod dowództwem Bargera poszli za instynktem i rozpędzili marsz antywojenny na lini Oakland – Berkeley. Incydent doprowadził do schizmy w narastającej fali ruchów młodzieżowych w latach sześćdziesiątych. To było pierwsze otwarte nieporozumienie między harleyowcami i długowłosymi. Jego znaczenie potwierdza historia SDS4 – organizacji, która poniosła kompletną porażkę, próbując połączyć interesy motocyklistów i wyrzutków, wywodzących się z klasy robotniczej, z interesami burżujskich aktywistów studenckich z Berkeley. Nikt zaangażowany w to środowisko nie mógł w owym czasie przezwyciężyć skutków, jakie przyniosła klęska Ginsberga i Keseyam którym nie udało się przekonać Hell's Angels, by połączyli siły z radykalnymi organizacjami lewicowymi z Berkeley. Ostateczny podział nastąpił cztery lata później, w Altamont, jednak do tego czasu dla każdego oprócz paru przygłupich rockersów i dziennikarzy sytuacja była już całkiem jasna. Orgia przemocy w Altamont5 zaledwie dodała jej dramatyzmu. Poglądy zostały już ustalone; chorobę uznano za śmiertelną, a energia ruchów młodzieżowych rozproszyła się i zastąpił ją instynkt samozachowawczy.


1. Macharishi Mahesh Yogi – guru i duchowy nauczyciel, jeden z legendarnych twórców szkół medytacji
2. Mel Lyman – piosenkarz i przywódca sekty The Mel Lyman Family.
3. Ralph Hubert "Sonny" Barger – założyciel i przywódca gangu Hell's Angels.
4. sds (Students for Democratic Society) – Organizacja zrzeszająca studenckich działaczy społeczno-politycznych, która istniała w drugiej połowie lat sześćdziesiątych
5, 6 grudnia 1969 roku podczas festiwalu rockowego w Altamont członkowie Hell's Angels zatrudnieni tam jako ochroniarze wdali się w bójkę z tłumem hippisów, która skonczyła się śmiercią kilku osób.



Posted in , , |

O nędzy w środowisku studenckim
Członkowie Międzynarodówki
sytuacjonistycznej
i studenci strasburscy





O NĘDZY W ŚRODOWISKU STUDENCKIM ROZWAŻANEJ W JEJ ASPEKCIE EKONOMICZNYM, POLITYCZNYM, PSYCHOLOGICZNYM, SEKSUALNYM, A ZWŁASZCZA INTELEKTUALNYM, I O KILKU SPOSOBACH WYDOBYCIA SIĘ Z NIEJ

UCZYNIĆ HAŃBĘ JESZCZE BARDZIEJ HANIEBNĄ, ROZGŁASZAJĄC JĄ

We Francji student jest najbardziej pogardzaną istotą, wyjąwszy, rzecz jasna, policjanta i księdza. Jeśli przyczyny tej pogardy są nierzadko fałszywe i związane z ideologią panującą, powody, dla których zasługuje on rzeczywiście na pogardę z punktu widzenia rewolucyjnej krytyki, pozostają ukryte. Szermierze fałszywej kontestacji potrafią je jednak rozpoznać i rozpoznają się w nich. Odwracają tę prawdziwą pogardę w pełen wyrozumiałości podziw. I tak bezpłodna lewicowa inteligencja (od „Temps Modernes” aż po „L’Express”) zachłystuje się rzekomym „wzrostem znaczenia studentów”, a biurokratyczne organizacje, istotnie chylące się ku upadkowi (od Partii zwanej Komunistyczną aż po UNEF), rywalizują ze sobą o studenckie poparcie „moralne i materialne”. Wyjawimy przyczyny tego zainteresowania studentami i pokażemy, że stanowią one część składową współczesnego kapitalizmu; w broszurce tej będziemy je po kolei ujawniać i poddawać krytyce: dezalienacja musi bowiem podążać tropem alienacji.

Dotychczasowe badania i studia nad środowiskiem studenckim pomijały to, co zasadnicze. Jako że nie potrafiły wykroczyć poza punkt widzenia właściwy poszczególnym dyscyplinom akademickim (psychologii, socjologii, ekonomii), pozostawały z gruntu fałszywe. Popełniano w nich błąd, który Fourier nazywał „roztrzepaniem metodycznym”, ponieważ „regularnie odnoszono się w nich do zasadniczych kwestii”, pomijając całościowy punkt widzenia nowoczesnego społeczeństwa. Fetyszyzm faktów przesłania zasadniczą kategorię, a szczegóły maskują „całokształt”. O tym społeczeństwie mówi się najróżniejsze rzeczy, nie wspominając jednak o jego istocie: „towarowej i spektakularnej”. Socjolodzy Bourderon i Passedieu, autorzy Les Héritiers: les étudiants et la culture, okazali się cokolwiek bezradni w obliczu kilku cząstkowych prawd, które zdołali ustalić. Aczkolwiek wykazują się niewątpliwie dobrą wolą, popadają w typowo profesorskie moralizatorstwo etyki Kantowskiej, wzywając do „rzeczywistej demokratyzacji poprzez rzeczywistą racjonalizację systemu nauczania”, innymi słowy do skuteczniejszego wdrażania w system. W tym samym czasie ich uczniowie w rodzaju Kravetza roją sobie, że przebudzili się z reformistycznej drzemki, gdy polewają swoje typowo drobnomieszczańskie zgorzknienie strumieniem archaicznej frazeologii rewolucyjnej.

Spektakularyzacja urzeczowienia w nowoczesnym społeczeństwie kapitalistycznym wyznacza każdemu rolę w powszechnej bierności. Dotyczy to również studenta. Jego rola jest tymczasowa i przygotowuje do roli ostatecznej, którą absolwent wyższej uczelni będzie odgrywał jako czynnik pozytywny i konserwatywny w systemie towarowym. To zwykła inicjacja.

Powiela ona, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszelkie cechy inicjacji mitycznej. Pozostaje całkowicie oderwana od dziejowej, jednostkowej i społecznej rzeczywistości. Student to istota rozpięta pomiędzy jasno określonymi statusami – obecnym i przyszłym – których granice przekroczy automatycznie. Schizofreniczna świadomość pozwala mu na zasklepianie się w „społeczności inicjacyjnej”, na błogie ignorowanie przyszłości i zachłystywanie się mistyczną jednością, którą oferuje mu teraźniejszość odcięta od historii. Trudno się zresztą dziwić, że student boi się spojrzeć prawdzie, zwłaszcza ekonomicznej, prosto w oczy: widok ten byłby dla niego nazbyt bolesny. Rzekome „społeczeństwo dobrobytu” skazuje go bowiem na skrajne ubóstwo. Choć 80% studentów pochodzi z rodzin o wyższych dochodach niż dochody robotników, to jednak 90% z nich ma mniejszą siłę nabywczą od niewykwalifikowanych robotników. Ta nędza studencka to oczywisty anachronizm, w społeczeństwie spektaklu nowy proletariat cierpi bowiem z powodu nędzy całkiem nowego rodzaju. W czasach, gdy coraz szersze rzesze młodzieży wyzwalają się spod władzy rodziny i moralnych przesądów, by jak najszybciej popaść w stosunki jawnego wyzysku, student na wszystkich poziomach utrzymuje się w „przedłużonej niepełnoletności” – potulnej i nieodpowiedzialnej. Jeśli zdarza się, że niewczesny kryzys młodzieńczy konfliktuje go z rodziną, godzi się bez szemrania na to, by rozmaite instytucje zarządzające jego życiem codziennym traktowały go jak dziecko.

W światku studenckim proces kolonizacji rozmaitych sektorów praktyki społecznej przybiera po prostu najjaskrawszy wyraz. Obarczanie studentów całym nieczystym sumieniem społecznym maskuje powszechność nędzy i zniewolenia.

Pobudki, z których wyrasta nasza pogarda wobec studentów, są jednak zgoła innego rodzaju. Chodzi nam bowiem nie tyle o ich materialną nędzę, ile o to, że godzą się na wszelkie postaci nędzy i cechują się wprost chorobliwą skłonnością do tępego konsumowania alienacji w nadziei, że wzbudzą czyjeś zainteresowanie swoimi poszczególnymi brakami. Wymogi nowoczesnego kapitalizmu skazują olbrzymią większość studentów na zasilenie kadr niższego szczebla [petits cadres] (co stanowi odpowiednik funkcji XIX wiecznych robotników wykwalifikowanych). W obliczu równie nędznej, a dającej się łatwo przewidzieć przyszłości, studenci usiłują przydać nieco fałszywego blasku swej mizernej teraźniejszości. Kompensacja jest zbyt żałosna, by się do niej przywiązywać; jutro nie będzie promienne, ale równie szare i nędzne jak jego obecne położenie. Dlatego też student chroni się w teraźniejszości przeżywanej w sposób iluzoryczny.

Student, niby stoicki niewolnik, czuje się tym bardziej wolny, im silniej skuwają go kajdany. Podobnie jak jego nowa rodzina – uniwersytet – uważa się za byt najbardziej „autonomiczny”, choć podlega bezpośrednio i jednocześnie dwóm najpotężniejszym systemom władzy społecznej: rodzinie i państwu. Jest ich potulnym i wdzięcznym pacholęciem. Na mocy tej logiki grzecznego dziecka student utożsamia się ze wszystkimi wartościami oraz oszustwami systemu i skupia je w sobie. Złudzenia dawniej zaszczepiane pracownikom, przeradzają się w uwewnętrznioną ideologię wyznawaną przez masy drobnych urzędników jutra.

Dawna nędza społeczna wytwarzała najpotężniejsze systemy kompensacyjne w dziejach – religie. Marginalna nędza studencka znajduje pociechę w najbardziej wytartych wyobrażeniach panującego społeczeństwa, w groteskowym korowodzie wyalienowanych produktów.

Francuski student, jako istota ideologiczna, przychodzi zawsze i na wszystko zbyt późno. Wartości i złudzenia, będące ozdobą jego zamkniętego światka, nie mogą się ostać; historia nie tylko skazała je na zagładę, ale zdążyła już nawet wystawić je na pośmiewisko.

Uniwersytet cieszył się niegdyś prestiżem – student napawa się odpryskami tego splendoru i czerpie dumę z bycia studentem. Za późno. Mechaniczna i wyspecjalizowana edukacja, którą otrzymuje, jest równie dalece zdegradowana (w porównaniu z dawnym poziomem mieszczańskiej wiedzy ogólnej), jak jego własny poziom intelektualny, z tego prostego względu, że system ekonomiczny, który panuje nad tym wszystkim, wymaga masowej produkcji studentów pozbawionych wiedzy i niepotrafiących myśleć. Uniwersytet stał się instytucjonalnym strażnikiem ignorancji, „kultura wysoka” karleje w rytmie seryjnej produkcji profesorów: wszyscy ci profesorowie są kretynami, a większość z nich zostałaby wygwizdana przez byle licealistów – o tym jednak student nie ma pojęcia. Zadowala się nabożnym słuchaniem nauczycieli i usiłuje się wyzbyć resztek zmysłu krytycznego, aby pławić się w mistycznym złudzeniu bycia „studentem”, a więc osobą, którą trudzi się na serio zgłębianiem poważnej wiedzy w nadziei, że dostąpi w końcu prawd ostatecznych. To menopauza umysłu. Wszystko, co dzieje się dziś w klasach szkolnych i uniwersyteckich aulach, zostanie napiętnowane w przyszłym społeczeństwie rewolucyjnym jako społecznie szkodliwy hałas. Już dziś student budzi tylko śmiech.

Student nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że historia podminowuje również jego komiczny „zamknięty” światek. Specjaliści toczą dialogi głuchoniemych na temat „kryzysu uniwersytetu”, który w rzeczywistości stanowi element szerszego kryzysu współczesnego kapitalizmu i odzwierciedla trudności, z jakimi boryka się ten szczególny sektor produkcji, tak niewcześnie usiłujący się dostosować do globalnych przekształceń aparatu produkcyjnego. Pozostałości dawnej ideologii mieszczańskiego „liberalnego uniwersytetu” tracą na znaczeniu, w miarę jak zanika jej baza społeczna. Uniwersytet mógł się wydawać autonomiczną potęgą w okresie wolnorynkowego kapitalizmu i liberalnego państwa, które istotnie pozostawiały mu nieznaczny margines swobody. Zresztą już wtedy uniwersytet ściśle odpowiadał zapotrzebowaniom konkretnego modelu społecznego: przysposabiał uprzywilejowaną mniejszość do zasilenia klasy panującej, oferując jej odpowiednią kulturę ogólną. Stąd też bierze się groteskowa nostalgia profesorów utyskujących, że utracili dawną funkcję psów łańcuchowych przyszłych panów na rzecz innej, o ileż mniej szlachetnej, a więc roli psów pasterskich, odprowadzających stada „białych kołnierzyków” do fabryk i biur zgodnie z planowymi zapotrzebowaniami systemu ekonomicznego. Nostalgicy ci przeciwstawiają technokratyzacji uniwersytetu swoje archaizmy i niewzruszenie serwują strzępy kultury przyszłym specjalistom, którym nie przyda się ona na nic.

Poważniejsi, a zatem bardziej niebezpieczni, są moderniści z lewicy i UNEF, kierowani przez „ekstremistów” z FGL, domagający się „strukturalnej reformy uniwersytetu” oraz „powiązania uniwersytetu z życiem społeczno-gospodarczym”, czyli jego dostosowania do potrzeb współczesnego kapitalizmu. Poszczególne uczelnie i wydziały, choć nadal otoczone nimbem anachronicznego prestiżu, przestają dostarczać „kulturę ogólną” klasom panującym, stają się natomiast zakładami hodowlanymi kadr niższego i średniego szczebla. Nasi postępowcy, miast protestować przeciw tendencji dziejowej, która podporządkowuje bezpośrednio jeden z ostatnich względnie niezależnych sektorów życia społecznego wymogom systemu towarowego, pomstują na opóźnienia i niedociągnięcia w finalizacji tego procesu. Są apologetami przyszłego cybernetycznego uniwersytetu, który gdzieniegdzie staje się już faktem. System towarowy i jego nowocześni sługusi – oto prawdziwi wrogowie.

Ale te epickie boje toczą się, rzecz jasna, ponad głowami studentów, w niebiańskim królestwie ich panów, i wydają im się absolutnie niezrozumiałe: nawet ich własne życie, nie mówiąc już o życiu jako takim, całkowicie im się wymyka.

Ze względu na swoje skrajne ubóstwo, student skazany jest na smętny żywot. Zadowala się jednak tym, co ma, strojąc swoją nędzę w kostium „oryginalnego stylu życia”: cyganerii i mizerabilizmu. Tymczasem „cyganeria”, nie będąca zresztą oryginalnym rozwiązaniem, może być autentyczna tylko wtedy, gdy poprzedza ją całkowite i nieodwracalne zerwanie ze środowiskiem uniwersyteckim. Tak więc zwolennicy takiego stylu życia (a niemal wszyscy studenci za takich się uważają) chwytają się sztucznej i skarlałej wersji tego, co i tak, w najlepszym wypadku, jest li tylko nędznym rozwiązaniem jednostkowym. Zasługują na pogardę starych bab z prowincji. Ci „oryginałowie”, trzydzieści lat po Wilhelmie Reichu – znakomitym wychowawcy młodzieży – pozostają przywiązani do najbardziej tradycyjnych relacji erotyczno-miłosnych, powielając w swoich stosunkach seksualnych stosunki panujące w społeczeństwie klasowym. Gotowość studenta do odgrywania roli działacza (pierwszej lepszej sprawy) chyba najlepiej świadczy o jego niemocy. Totalitarny spektakl pozostawia mu wprawdzie pewien margines jednostkowej swobody i dużo wolnego czasu, lecz student nad przygodę, o której nie ma bladego pojęcia, przedkłada ciasną czasoprzestrzeń codzienności, wygospodarowaną specjalnie na jego użytek przez strażników systemu.
Dobrowolnie oddziela pracę od rozrywek, głosząc jednocześnie obłudną pogardę dla „kujonów”. Godzi się na wszelkie postacie oddzielenia, następnie zaś pędzi do rozmaitych kółek religijnych, sportowych, politycznych czy związkowych, aby utyskiwać nad „powszechnym brakiem komunikacji”. Jest do tego stopnia głupi i żałosny, że poddaje się spontanicznie i masowo parapolicyjnemu nadzorowi psychiatrów oraz psychologów, ustanowionemu z myślą o nim przez awangardę współczesnej opresji. Ba, jego przedstawiciele widzą w tych Ośrodkach Uniwersyteckiej Pomocy Psychoterapeutycznej (BAPU) wielką zdobycz ruchu studenckiego.

Prawdziwa nędza studenckiego życia codziennego znajduje natychmiastową i fantasmagoryczną kompensację w jej podstawowym opium: towarze kulturowym. Student zajmuje przynależne mu miejsce w spektaklu kulturowym jako przepojony szacunkiem uczeń. Choć pozostaje blisko ośrodka produkcji, wrota tego sanktuarium są przed nim zamknięte; „nowoczesną kulturę” może jedynie podziwiać przez szybkę. Sztuka umarła, ale student jest nadal wiernym bywalcem teatrów i filmowych klubów dyskusyjnych, najbardziej łakomym konsumentem jej trupa, zamrożonego, pakowanego próżniowo i sprzedawanego w supermarketach dla gospodyń dobrobytu.

Uczestniczy w tej uczcie bez opamiętania i krytycznego dystansu. To jego naturalne środowisko. Gdyby „domy kultury” nie istniały, student musiałby je wynaleźć. Doskonale potwierdza najbanalniejsze ustalenia amerykańskiej socjologii marketingu: ostentacyjna konsumpcja, reklama skłaniająca do sztucznego rozróżniania produktów identycznych w swojej beznadziejności (Pérec czy Robbe-Grillet; Godard czy Lelouch).

Gdy tylko „bogowie” produkujący lub organizujący jego spektakl kulturowy przybierają ludzką postać na scenie, stanowi ich najbardziej zagorzałego widza i wymarzonego neofitę. Studenci tłoczą się, żeby podziwiać ich bezwstydne popisy; któż inny zapełniałby sale, w których, dajmy na to, klechy poszczególnych kościołów publicznie zwierzają się ze swych amorficznych refleksji (tygodnie myśli zwanej marksistowską, zebrania inteligencji katolickiej) a literackie odpadki pysznią się własną niemocą (pięć tysięcy studentów uczestniczących w konferencji Co może literatura?).

Student, niezdolny do autentycznych namiętności, rozkoszuje się beznamiętnymi debatami gwiazd bezmyślności na temat pozornych problemów służących maskowaniu zagadnień istotnych: Althusser, Garaudy, Sartre, Barthes, Piccard, Lefebvre, Lévi-Strauss, Halliday, Châtelet, Antoine. Humanizm, egzystencjalizm, strukturalizm, scjentyzm, nowy krytycyzm, dialektyczny naturalizm, cybernetyzm, planetyzm, metafilozofia.

Uważa się za uczestnika awangardy na tej podstawie, że widział ostatniego Godarda, kupił najnowszą książkę z serii „Arguments”, brał udział w niedawnym happeningu tego palanta Lapassade’a. W swojej niezmierzonej ignorancji bierze za „rewolucyjną” i gwarantowaną certyfikatem nowość najbledsze erzace dawnych poszukiwań, w swoim czasie rzeczywiście istotnych, a dziś rzucanych na rynek w rozwodnionej postaci. Liczy się dla niego jedynie zachowanie pewnego standardu kulturowego. Student z dumą nabywa, tak jak wszyscy inni, książkowe wydania ważnych i trudnych tekstów, schodzących w coraz szybszym tempie z taśm „kultury masowej”. Niestety, nie potrafi czytać. Może tylko pochłaniać je wzrokiem.

Do jego ulubionych lektur należy wyspecjalizowana prasa, zagrzewająca do obłędnej konsumpcji kulturowych gadżetów. Potulnie wypełnia jej reklamiarskie dyktaty, kształtujące jego smak. Rozkoszuje się takimi tygodnikami jak „L’Express” czy „L’Observateur”, a nawet wierzy, że „Le Monde”, którego styl jest dlań nazbyt zawiły, to „obiektywna” gazeta, bezstronnie opisująca fakty i wydarzenia. Gdy pragnie pogłębić swoją wiedzę ogólną, czerpie ze zdroju „Planète”, magicznego czasopisma usuwającego zmarszczki i wągry ze starych idei. Otoczony takimi przewodnikami, bierze się za bary ze współczesnym światem i zgłębia arkana polityki.

Student jest bowiem najbardziej dumny ze swojego politycznego zaangażowania. Nie dostrzega jednak, że to zaangażowanie jest, jak cała reszta, spektakularnie zapośredniczone. Dlatego z rumieńcami na twarzy wywija żałosnymi strzępami sztandaru lewicy, unicestwionej ponad czterdzieści lat temu przez „socjalistyczny” reformizm i stalinowską kontrrewolucję. Rządzący zdają sobie doskonale sprawę z tej klęski; robotnicy również to sobie uświadamiają, choć w sposób mniej klarowny. Student z kretyńskim samozadowoleniem uczestniczy w najżałośniejszych mityngach, które przyciągają wyłącznie jego. Fałszywa świadomość polityczna występuje u niego w czystej postaci, dlatego też uniwersytet stanowi idealny teren werbunku dla konających organizacji biurokratycznych (od Partii zwanej Komunistyczną aż po UNEF). Organizacje te totalitarnie programują stanowiska polityczne studenta; sporadycznie może wykazać się jakimś odstępstwem czy podkreślać swoją „autonomię”, ale ten parodystyczny opór szybko zostaje stłumiony i student, z podkulonym ogonem, wraca do szeregu. Gdy pragnie iść pod prąd, jak ci ludzie, którzy na mocy nieprawdopodobnej reklamiarskiej inwersji zwą się JCR (Komunistyczno-Rewolucyjna Młodzież), choć nie są ani komunistyczni, ani rewolucyjni, ani nawet młodzi, jedyne, co potrafi, to domagać się cienkim głosem zakończenia wojny w Wietnamie.

Student pochlebia sobie, że gardzi „archaicznością” de Gaulle’a, nie pojmuje natomiast, że czyni to w imię dawnych błędów i starych zbrodni (takich jak stalinizm z okresu Togliattiego – Garaudy’ego – Chruszczowa – Mao), a tym samym, że jego młodzieńcza postawa jest jeszcze bardziej archaiczna niż władza, która potrafi zrozumieć nowoczesne społeczeństwo przynajmniej na tyle, aby nim skutecznie zarządzać.

To zresztą nie jedyny archaizm cechujący studenta. Sądzi, że powinien mieć choćby ogólny pogląd na każdy temat i odznaczać się spójną wizją świata, która nada sens jego potrzebie gorączkowego zaangażowania i aseksualnego promiskuityzmu. Dlatego też poddaje się ostatnim misjonarskim konwulsjom kościołów, bije pokłony przed cuchnącym ścierwem Boga i czci rozkładające się pozostałości prehistorycznych religii, w których widzi ozdobę swojej egzystencji i epoki. Wstyd o tym pisać, ale studenci to, obok starych bab ze wsi, kategoria społeczna o najwyższym procencie deklarowanego fideizmu, a uczelnie pozostają najlepszym „terenem misyjnym” (wszędzie indziej bowiem już dawno pożarto lub przepędzono klechów). Tu właśnie księża-studenci nadal otwarcie sodomizują tysiące studentów w swoich duchowych latrynach.

Faktem jest, że wśród studentów znaleźć też można osoby o przyzwoitym poziomie intelektualnym. Radzą sobie one bez wysiłku z nędznymi kontrolami zdolności przewidzianymi dla miernot, a zawdzięczają to właśnie temu, że zrozumiały system, gardzą nim i uważają się za jego wrogów. Ze szkolnictwa wyższego biorą to, co w nim najlepsze: stypendia. Wykorzystując sprzeczności, które wciąż jeszcze zmuszają system do pielęgnowania niewielkiego sektora czysto intelektualnego, „badawczego”, pogodnie sieją zamęt: ich jawnej pogardzie wobec systemu towarzyszy przenikliwość, dająca im znaczną przewagę, przede wszystkim intelektualną, nad sługusami tego systemu. Ludzie, o których mowa, zaliczają się do teoretyków nadchodzącego ruchu rewolucyjnego i niebezpodstawnie pochlebiają sobie, że zaczynają budzić taki sam lęk, jak ów ruch. Nie kryją, że tym, co z taką łatwością czerpią z „systemu szkolnictwa wyższego”, zamierzają się posłużyć do jego unicestwienia. Student nie może się buntować przeciw niczemu, jeśli nie zbuntuje się jednocześnie przeciw swoim studiom, choć konieczność tego buntu jest mniej wyraźna niż w przypadku robotnika, buntującego się spontanicznie przeciw swojej kondycji. Student jest jednak wytworem nowoczesnego społeczeństwa w takim samym stopniu jak Godard czy Coca-Cola. Aby walczyć ze swoją skrajną alienacją musi kontestować całość społeczną. Nie można zawężać takiej krytyki do samego środowiska studenckiego: student przypisuje sobie pozorną wartość, przez co nie potrafi sobie uświadomić wywłaszczenia, któremu podlega i skazuje się na fałszywą świadomość. Wszędzie tam, gdzie nowoczesne społeczeństwo napotyka kontestację, młodzi w tym buncie uczestniczą, a sam ów bunt stanowi najwymowniejszą krytykę studenckich obyczajów.

NIE WYSTARCZA, ABY MYŚL PARŁA DO URZECZYWISTNIENIA SIĘ, TRZEBA, ABY RZECZYWISTOŚĆ SAMA NARZUCAŁA MYŚL

Od kilku lat, po długim okresie letargu i permanentnej kontrrewolucji, zaczyna się rysować nowy okres kontestacji, której młodzież jest, jak się zdaje, forpocztą. Należy jednak pamiętać, że społeczeństwo spektaklu, poprzez sposób, w jaki przedstawia zarówno siebie, jak i swoich wrogów, krępuje ujmowanie świata i historii własnymi kategoriami ideologicznymi. Sprowadza wszystkie zjawiska do naturalnego biegu rzeczy i zasklepia prawdziwe nowości, wieszczące jego przezwyciężenie, w ciasnych ramach swojego złudnego nowatorstwa. Bunt młodych przeciw narzucanym warunkom życia stanowi, w istocie, zapowiedź o wiele szerszego ruchu wywrotowego, w którym uczestniczyć będą wszyscy ludzie z rosnącą siłą odczuwający niemożność życia w tym systemie; to preludium nadchodzącej epoki rewolucyjnej. Panująca ideologia i jej rzecznicy, posługując się sprawdzoną metodą odwracania rzeczywistości, usiłują zredukować ten realny ruch historyczny do pseudokategorii społeczno-naturalnej: pojęcia „młodzieży” (która buntowałaby się niejako z definicji). W ten sposób sprowadza się nową młodość buntu do odwiecznego buntu młodzieży, odtwarzającego się w każdym pokoleniu i gasnącego wówczas, gdy „młody człowiek zostaje zaprzęgnięty do poważnej pracy wytwórczej i działań na rzecz konkretnych i prawdziwych celów”. „Bunt młodzieży” był i jest przedmiotem istnej dziennikarskiej nadprodukcji, przekształcającej go w spektakl buntu, wystawianego na pokaz, aby uniemożliwić ludziom prawdziwe doświadczenie buntu. Przedstawia się go jako dziwaczny, lecz konieczny wentyl bezpieczeństwa, bez którego system nie mógłby istnieć. Ten bunt wobec społeczeństwa uspokaja społeczeństwo, ponieważ zakłada się, że pozostanie cząstkowy, uwięziony w apartheidzie „problemów” młodzieży – tak jak istnieje kwestia kobiet lub sprawa czarnych – i ograniczony do okresu dorastania. W rzeczywistości problem „młodzieży” polega jedynie na tym, że to ona odczuwa najżywiej głęboki kryzys nowoczesnego społeczeństwa. Młodzież jest doskonałym wytworem tego społeczeństwa, równie nowoczesnym jak ono, zarówno wtedy, gdy integruje się z nim bez zastrzeżeń, jak i wówczas, gdy odrzuca je radykalnie. Zdumiewać nie powinno to, że młodzież się buntuje, ale raczej to, że tak wielu dorosłych pogodziło się z losem. Faktu tego nie należy wyjaśniać przyczynami biologicznymi, lecz historycznymi przesłankami: poprzednie pokolenie zaznało wszystkich możliwych porażek i było karmione wszystkimi kłamstwami okresu haniebnego rozkładu ruchu rewolucyjnego.

„Młodzież” jako taka to zwykły mit reklamowy, ściśle związany z kapitalistycznym sposobem produkcji, wyraz jego dynamiki. Młodzież zdobyła złudny prymat w okresie odbudowy gospodarki po II wojnie światowej, kiedy na rynek wkroczyli masowo konsumenci nowego typu, dający się łatwo urabiać; ta nowa rola zapewniała dyplom integracji ze społeczeństwem spektaklu. Oficjalna ideologia tutaj również pozostaje (z racji swojego zapóźnienia) w sprzeczności z rzeczywistością społeczno-gospodarczą i to właśnie młodzież pierwsza daje wyraz wściekłemu głodowi życia i burzy się spontanicznie przeciw codziennej nudzie i martwemu czasowi, których stary świat nie przestaje wytwarzać w swoich kolejnych, zmodernizowanych postaciach. Zbuntowaną część młodzieży cechuje czysty, nihilistyczny sprzeciw, a więc rewolta pozbawiona perspektywy przezwyciężenia. Taka perspektywa zaczyna się jednak rysować i konkretyzuje się na całym świecie. Musi jeszcze dorównać teoretycznej krytyce poziomem spójności i zapewnić tej spójności praktyczną organizację.
Na pierwszy rzut oka to młodzi „chuligani” [blousons noirs] wszystkich krajów demonstrują najgwałtowniejszy sprzeciw wobec integracji. Abstrakcyjność ich sprzeciwu nie pozwala im jednak umknąć sprzecznościom systemu, którego stanowią spontaniczny, negatywny wytwór. „Chuligani” są produktem wszystkich aspektów obecnego porządku: architektury nowych osiedli, rozkładu dawnych wartości, proliferacji coraz nudniejszych rozrywek konsumpcyjnych, humanistyczno-policyjnego nadzoru obejmującego kolejne obszary życia codziennego, gospodarczych pozostałości komórki rodzinnej, która utraciła znaczenie. Gardzą pracą, ale łakną towarów. Pragną zdobyć natychmiast wszystko, co zachwala reklama, lecz nie mają pieniędzy. Ta naczelna sprzeczność góruje nad ich egzystencją, dlatego też, choć poszukują jednostkowej samoafirmacji i łakną autentycznej wolności w sposobie spędzania czasu, owe dążenia mają nader ograniczony charakter. To samo dotyczy podejmowanej przez nich próby budowania wspólnoty: mikrospołeczności te cechuje daleko posunięty prymitywizm, młodociane bandy żyjące na marginesie powielają stosunki hierarchiczne panujące w społeczeństwie. Hierarchia, która znajduje potwierdzenie w walkach z innymi bandami, skazuje na oddzielenie poszczególne bandy i każdego ich członka z osobna). Aby uwolnić się od tej sprzeczności, „chuligani” będą musieli w końcu zacząć pracować, co pozwoli im nabywać towary (istnieje już zresztą szeroki sektor produkcji wchłaniający ich jako konsumentów – motocykle, gitary elektryczne, ciuchy, płyty…). Ci, którzy tego nie uczynią, muszą zaatakować towarowe prawo: albo w sposób najbardziej pierwotny, to znaczy kradnąc towary, albo też w sposób świadomy, wznosząc się na poziom rewolucyjnej krytyki świata towarów. Konsumpcja łagodzi obyczaje tych młodych buntowników, a ich bunt przechodzi w najgorszy konformizm. W gruncie rzeczy „chuligani” mają przed sobą tylko dwie możliwości: albo zdobędą świadomość rewolucyjną, albo będą skazani na ślepe posłuszeństwo w fabrykach.

Ruch provo to pierwsza forma przezwyciężenia „młodzieżowych gangów”, ich pierwsza polityczna manifestacja. Provosi zrodzili się ze spotkania kilku zżeranych ambicją pogrobowców rozkładu sztuki oraz masy młodych buntowników głodnych uznania. Ich organizacja umożliwiła jednym i drugim rozwój oraz wywołanie nowego rodzaju kontestacji. „Artyści” wnieśli w posagu skłonność – skądinąd bladą i zmistyfikowaną – do zabawy oraz całą ideologiczną rupieciarnię; młodzi dysponowali jedynie gwałtownością swojego buntu. Od samego początku tego sojuszu obie tendencje pozostały wyraźnie rozdzielone; pozbawione teorii masy zaakceptowały de facto przywództwo małej grupki samozwańczych liderów, którzy usiłowali ugruntować swoją władzę, formułując „provotariacką” ideologię. Przemoc „chuliganów” nie znalazła ideowego przełożenia w próbie przezwyciężenia sztuki, górę wziął neoartystyczny reformizm. Provosi stanowią wyraz ostatniego reformizmu związanego z nowoczesnym kapitalizmem: reformizmu życia codziennego. Chociaż jedynie nieprzerwana rewolucja zdolna jest przekształcić życie, przywódcy ruchu provo (niczym Bernstein, który chciał przejść od kapitalizmu do socjalizmu za pomocą reform) wierzą, że wystarczy kilka drobnych ulepszeń, aby je odmienić. Provosi, opowiadając się za cząstkowymi zmianami, godzą się w końcu na wszystko. Ich liderzy wymyślili groteskową ideologię provotariatu (artystyczno-polityczną strawę upichconą z okruchów uczty, w której nie było im dane uczestniczyć), i ogłosili, że tylko on może się skutecznie przeciwstawić rzekomej bierności i zmieszczanieniu proletariatu, innymi słowy zaintonowali ulubioną śpiewkę największych jełopów tego stulecia. Ponieważ nie wierzą w możliwość zmiany całości społecznej, nie wierzą też w jedyną siłę, dającą nadzieję na taką zmianę. Proletariat to siła napędowa społeczeństwa kapitalistycznego, a więc siła stanowiąca dla tego społeczeństwa śmiertelne zagrożenie. Prześladują go wszystkie potęgi starego świata (partie polityczne, biurokratyczne związki zawodowe, policja, nękająca go o wiele częściej niż provosów), ponieważ tylko on stanowi dla nich prawdziwą groźbę. Provosi nie zdołali tego pojąć; jako że nie potrafią poddać krytyce systemu produkcji, pozostają więźniami całego systemu. Gdy podczas robotniczych zamieszek antyzwiązkowych młodzi członkowie ruchu spontanicznie przyłączyli się do protestujących, liderzy wpadli w popłoch: jedyne, co zdołali uczynić, to potępić „wypaczenia” i wezwać do wyrzeczenia się przemocy. Tym samym żałośnie wyparli się własnego programu. Ci, którzy zamierzali prowokować władzę, aby wydobyć na jaw jej represyjny charakter, jęli kwilić, że „policja ich sprowokowała”. Co więcej, zwrócili się przez radio do zadymiarzy, wzywając ich, by zaakceptowali kierownictwo „provosów”, to znaczy liderów ruchu, którzy dobitnie dowiedli, że ich domniemany „anarchizm” jest tylko kolejnym kłamstwem. Zbuntowana baza ruchu provo, jeśli chce się wznieść na poziom krytyki rewolucyjnej, musi zacząć od tego, że zbuntuje się przeciw własnym szefom, a więc połączy się z obiektywnie rewolucyjnymi siłami proletariatu, pozbywając się takich ludzi jak Constant (oficjalny artysta Królestwa Niderlandów) czy de Vries (niedoszły poseł i piewca brytyjskiej policji). Dopiero wówczas provosi przyłączą się do autentycznego i nowoczesnego ruchu kontestacyjnego, który już teraz wywiera na nich znaczny wpływ. Jeśli pragną rzeczywiście zmienić świat, nie mogą tolerować tych, którzy zamierzają się zadowolić przemalowaniem go na biało.

Amerykańscy studenci, buntując się przeciw swoim studiom, poddali w wątpliwość społeczeństwo, które takich studiów potrzebuje. Ich rewolcie przeciw uniwersyteckiej hierarchii (w Berkeley i wszędzie indziej) od samego początku towarzyszył sprzeciw wobec systemu społecznego, opartego na hierarchii oraz dyktaturze ekonomii i państwa. Odrzucając pracę w biznesie i instytucjach, do czego miały ich przysposabiać wyspecjalizowane studia, przeprowadzają głęboką krytykę systemu produkcji, w którym wszystkie działania i wytwory tych działań wymykają się samym wytwórcom. Zbuntowana młodzież amerykańska, żyjąca w „społeczeństwie dobrobytu”, szuka już więc – na razie po omacku – spójnej rewolucyjnej alternatywy. Ich protest ogniskuje się na dwóch, w pewnym stopniu incydentalnych, aspektach amerykańskiego kryzysu: na kwestii czarnych i wojnie w Wietnamie; oto jedna z przyczyn słabości małych grupek składających się na Nową Lewicę. Pod względem formy odznaczają się one autentycznym dążeniem do demokracji, treść ich buntu jest jednak na tyle nieokreślona i miałka, że spycha je w nader niebezpieczne sprzeczności. Choć traktują nieufnie tradycyjną politykę starych organizacji, w gruncie rzeczy nie mają żadnej świadomości politycznej i żywią najrozmaitsze złudzenia na temat tego, co się rzeczywiście dzieje na świecie. Abstrakcyjna wrogość wobec społeczeństwa skłania je do podziwiania pozornych wrogów tego społeczeństwa: chińskiej czy kubańskiej biurokracji „socjalistycznej”. I tak ugrupowania w rodzaju Resurgence Youth Movement mogą jednocześnie wymachiwać anarchistycznym sztandarem i wysławiać „rewolucję kulturalną” prowadzoną przez najpotworniejszy współczesny system biurokratyczny – Chiny przewodniczącego Mao. Na poły wolnościowa organizacja tych ugrupowań, odrzucająca przywódców, jest tak okrutnie wyzbyta treści, że w każdej chwili może się ześlizgnąć w ideologię „dynamiki grup” lub najciaśniejsze sekciarstwo. Masowa konsumpcja narkotyków stanowi wyraz prawdziwej nędzy i protest przeciwko niej: to zwodnicze poszukiwanie wolności w świecie pozbawionym wolności, religijna krytyka świata, który zdołał już przezwyciężyć religię. Nieprzypadkowo odnajdujemy ją przede wszystkim wśród bitników (prawicy zbuntowanej młodzieży), których cechuje ideologiczny sprzeciw skojarzony z akceptacją najbardziej niedorzecznych przesądów (zen, spirytyzm, mistycyzm New Church i wszystkie inne rozkładające się truchła w rodzaju gandyzmu czy humanizmu). Amerykańscy studenci w swoich poszukiwaniach rewolucyjnego programu popełniają ten sam błąd, co provosi, podając się za „najbardziej uciskaną klasę w dziejach”. Powinni jak najszybciej zrozumieć, że nie mają żadnych odrębnych interesów od wszystkich tych jednostek i grup społecznych, które są poddane powszechnemu uciskowi i towarowemu niewolnictwu.
Również na wschodzie biurokratyczny totalitaryzm zaczyna wytwarzać siły negacji. Bunt młodych przybiera tam szczególnie gwałtowne formy, aczkolwiek znany jest jedynie za pośrednictwem oficjalnych potępień ze strony poszczególnych organów aparatu oraz z rozmiaru policyjnych represji, usiłujących go stłumić. Z takich to właśnie źródeł można się dowiedzieć, że część młodzieży nie „szanuje” już porządku moralnego i rodzinnego (panującego w krajach „socjalistycznych” w najobrzydliwszej mieszczańskiej postaci), oddaje się „wyuzdaniu”, gardzi pracą i kpi sobie z partyjnych ukazów. W Związku Radzieckim powołano wręcz ministra do spraw walki z chuligaństwem. Równolegle z tą rozproszoną rewoltą, do głosu zaczyna dochodzić bardziej rozwinięty i klarowny ruch kontestacyjny, pojawiają się (i znikają pod wpływem policyjnych represji) podziemne grupki oraz gazetki. Najważniejszym wydarzeniem było ogłoszenie przez młodych Polaków, Kuronia i Modzelewskiego, Listu otwartego do Partii. Autorzy opowiadają się za obaleniem aktualnych stosunków produkcji i podkreślają, że „rewolucja jest nieunikniona”. Wschodnia inteligencja usiłuje obecnie upowszechnić i uteoretycznić tę krytykę, którą robotnicy przeprowadzili w praktyce we wschodnim Berlinie, w Warszawie i Budapeszcie – proletariacką krytykę władzy klasy biurokratycznej. Ów bunt jednocześnie stawia problemy i zawiera ich rozwiązanie. W innych krajach walka jest oczywiście możliwa, ale jej cel pozostaje mglisty i zmistyfikowany; we wschodnich państwach biurokratycznych ruch kontestacyjny nie żywi żadnych złudzeń, a jego cele są doskonale znane. Musi jeszcze wynaleźć sposoby ich realizacji, otworzyć drogę, która do tego prowadzi.
W Anglii pierwszym zorganizowanym wyrazem buntu młodych był ruch antyatomowy. Ta cząstkowa walka, skupiona wokół ogólnikowego programu Komitetu Stu (Commitee of 100) – który zdołał zgromadzić na ulicach trzysta tysięcy demonstrantów – osiągnęła największy sukces wiosną 1963 roku wraz ze skandalem RSG6. Z braku szerszych perspektyw radykalnych ruch ten skazany był na wygaśnięcie i rzeczywiście wchłonęli go pogrobowcy tradycyjnej polityki oraz pacyfistyczne pięknoduchy. Cechujące Anglię specyficzne archaizmy obecne w kontroli życia codziennego nie zdołały się oprzeć szturmowi nowoczesności; przyspieszony rozkład pradawnych wartości to gleba, z której wyrasta rewolucyjna krytyka wszystkich aspektów życia. Postulaty młodzieży muszą się połączyć z oporem brytyjskiej klasy robotniczej, która ze swoimi dzikimi strajkami i shop stewardami jest jedną z najbardziej bojowych w świecie. Ustalenie wspólnej płaszczyzny to konieczny warunek zwycięstwa. Upadek rządzącej socjaldemokracji zwiększa szansę takiego sojuszu. Jeśli do niego dojdzie, ujrzymy eksplozje o ileż gwałtowniejsze od tego wszystkiego, co mogliśmy podziwiać w Amsterdamie. Zamieszki provosów będą się wówczas wydawały dziecięcą igraszką. Tylko w ten sposób może się wyłonić autentyczny ruch rewolucyjny, który zdoła odpowiedzieć na praktyczne potrzeby.

Japonia to jedyny wysoko uprzemysłowiony kraj, w którym doszło już do takiego zjednoczenia młodzieży studenckiej i robotniczej awangardy.

Zengakuren, słynna organizacja rewolucyjnych studentów oraz Liga Młodych Pracowników Marksistów to dwa czołowe ugrupowania zjednoczone wokół platformy Rewolucyjnej Ligi Komunistycznej. Zdołała już ona postawić problem organizacji rewolucyjnej. Zwalcza jednocześnie zachodni kapitalizm i biurokrację krajów rzekomo socjalistycznych. Skupia już kilka tysięcy studentów i robotników. Zorganizowana jest w sposób demokratyczny i antyhierarchiczny. Zakłada udział wszystkich członków we wszystkich działaniach ugrupowania. Tak więc japońscy rewolucjoniści prowadzą jako pierwsi na świecie masowe i zorganizowane walki na podstawie spójnego, postępowego programu. Tysiące studentów i robotników wychodzą regularnie na ulice i ścierają się z japońską policją. Lidze można jednak zarzucić to, że choć zaciekle zwalcza oba systemy, nie zdołała jeszcze poddać ich pogłębionej i konkretnej analizie. Stara się dopiero określić naturę biurokratycznego wyzysku i zaczyna definiować główne aspekty nowoczesnego kapitalizmu oraz rozwijać krytykę życia codziennego i spektaklu. Można powiedzieć, że Liga pozostaje klasyczną organizacją proletariacką. Stanowi obecnie najsilniejsze rewolucyjne ugrupowanie w świecie, dlatego też powinna się stać jednym z ognisk nowej radykalnej krytyki proletariackiej.

WYTWORZYĆ SYTUACJĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ WSZELKI ODWRÓT

„Być awangardowym to dotrzymywać kroku rzeczywistości”. Całość musi się stać celem i przedmiotem radykalnej krytyki współczesnego świata. Krytyka ta winna ogarnąć zarówno rzeczywistą przeszłość tego świata, jego aktualną istotę oraz perspektywy jego przekształcenia. Jeśli chcemy wyrazić całą prawdę o świecie, a tym bardziej sformułować projekt jego całościowej kontestacji, musimy wpierw ujawnić jego ukrytą historię, czyli ująć w sposób z gruntu krytyczny i pozbawiony złudzeń historię międzynarodowego ruchu rewolucyjnego, zainicjowanego ponad wiek temu przez proletariat państw zachodnich, zrozumieć jego „porażki” oraz „zwycięstwa”. Ruch ten, który zaatakował całość organizacji starego świata, jest już od dawna wyczerpany” i poniósł klęskę. Jego ostatnim historycznym wyrazem była bowiem proletariacka rewolucja w Hiszpanii, pokonana w Barcelonie w maju 1937 roku. Mimo to oficjalne „klęski” tego ruchu, jak również jego oficjalne „zwycięstwa” należy osądzić w świetle ich następstw, tylko tak można przywrócić ich prawdę. Jak słusznie zauważył Karl Liebknecht w przeddzień swojej śmierci „niektóre porażki są zwycięstwami, istnieją też zwycięstwa bardziej haniebne od porażek”. Pierwsza wielka „klęska” władzy proletariackiej, Komuna Paryska, była w rzeczywistości jej pierwszym wielkim triumfem, proletariat po raz pierwszy ujawnił wówczas swoją dziejową zdolność do kierowania w sposób wolny wszystkimi aspektami życia społecznego. Z kolei jego pierwsze wielkie „zwycięstwo”, rewolucja bolszewicka, okazało się najpoważniejszą porażką, z której skutkami borykamy się po dziś dzień. Dojście bolszewików do władzy było równoczesne z międzynarodową kontrrewolucją, która rozpoczęła się wraz ze zdławieniem spartakusowców przez niemiecką socjaldemokrację. Wspólny sukces bolszewików i reformistów okazał się o wiele ważniejszy od ich pozornego antagonizmu, gdyż porządek, który ustanowili bolszewicy stanowił w ostatniej instancji nową wariację na stary temat, kolejne wcielenie dawnego porządku. W samej Rosji bolszewicka kontrrewolucja oznaczała ustanowienie i rozwój nowego systemu ucisku, państwowego kapitalizmu biurokratycznego; na zewnątrz kraju zaś doprowadziła do powstania licznych sekcji Międzynarodówki zwanej Komunistyczną, filii mających rozpowszechniać model bolszewicki i bronić go w razie potrzeby. Kapitalizm w swoich rozmaitych wariantach – biurokratycznych czy burżuazyjnych – zaczął ponownie rozkwitać na grobach marynarzy z Kronsztadu, ukraińskich chłopów, robotników z Berlina, Kilonii, Turynu, Szanghaju czy wreszcie Barcelony.
III Międzynarodówka, którą bolszewicy stworzyli rzekomo w celu zwalczania pozostałości reformistycznej socjaldemokracji II Międzynarodówki i zjednoczenia awangardy proletariatu w „rewolucyjnych partiach komunistycznych”, była zbyt ściśle powiązana z interesami swoich twórców, aby przeprowadzić gdziekolwiek w świecie prawdziwą rewolucję socjalistyczną. W gruncie rzeczy III Międzynarodówka była spadkobiercą II Międzynarodówki . Bardzo szybko zachodnie organizacje robotnicze podporządkowały się rosyjskiemu modelowi, a tym samym ich dalsze ewolucje były bliźniaczo podobne. Totalitarnej dyktaturze biurokracji – nowej klasy rządzącej – sprawowanej nad rosyjskim proletariatem odpowiadała, w łonie tych organizacji, dominacja warstwy biurokratów politycznych i związkowych nad masą robotników, których interesy były coraz wyraźniej sprzeczne z interesami tej warstwy. Upiór stalinizmu unosił się nad świadomością robotników, a rozwijający się dynamicznie kapitalizm przezwyciężał swoje wewnętrzne kryzysy poprzez rosnącą biurokratyzację i chełpił się tym nowym zwycięstwem, które uznawał za ostateczne. Mimo pozornych różnic i opozycji na całym świecie zapanowała jedna i ta sama forma organizacji społecznej, a zasady starego świata wciąż górują nad naszym nowoczesnym światem. Tradycja martwych pokoleń nadal ciąży jak zmora na umysłach żyjących.
Częścią składową tego świata są organizacje, które głoszą się rewolucyjnymi, a w rzeczywistości zwalczają ów świat tylko pozornie, najrozmaitszymi mistyfikacjami i to na jego własnym terenie. Powołują się one na mniej lub bardziej spetryfikowane ideologie i w gruncie rzeczy przyczyniają się do wzmocnienia panującego porządku. Proletariat wykuł partie polityczne i związki zawodowe jako oręż emancypacji, stały się one jednak zwykłymi regulatorami systemu i prywatną własnością przywódców, zajmujących się jedynie własną emancypacją, czyli zasileniem klasy panującej społeczeństwa, którego w rzeczywistości nigdy nie podważają. Program owych partii i związków składa się z wyświechtanych frazesów „rewolucyjnych”, praktyka zaś sprowadza się do najbardziej miałkiego reformizmu, jako że sam kapitalizm stał się oficjalnie reformistyczny. Tam, gdzie zdołały one przejąć władzę, to znaczy w państwach bardziej zacofanych od Rosji z 1917 roku, powielają one po prostu stalinowski model kontrrewolucyjnego totalitaryzmu. W pozostałych krajach stanowią zaś konieczne i statyczne dopełnienie mechanizmów samoregulacji zbiurokratyzowanego kapitalizmu; pseudoopozycję uzasadniającą policyjny humanizm. Są bezwarunkowymi i niezłomnymi obrońcami biurokratycznej kontrrewolucji oraz potulnymi narzędziami jej polityki międzynarodowej. W świecie radykalnie kłamliwym, głoszą najradykalniejsze kłamstwo i działają na rzecz uwiecznienia powszechnej dyktatury gospodarki i państwa. Jak twierdzą sytuacjoniści, „opierający się na totalitarnej samoregulacji model społecznie dominujący na całym świecie jest celem pozornych ataków ze strony pseudoopozycji, która w istocie stanowi jego podporę. Biurokratyczna karykatura socjalizmu to tylko najjaskrawsze przebranie starego hierarchicznego świata wyobcowanej pracy”. Studenckie zrzeszenia trzeba w tym świetle uznać za karykaturę karykatury, za burleskowe i jałowe naśladownictwo zdegenerowanego ruchu związkowego.

Teoretyczna i praktyczna denuncjacja stalinizmu, we wszystkich jego przejawach, musi się stać abecadłem przyszłych organizacji rewolucyjnych. Jest rzeczą jasną, że w takim kraju jak Francja, gdzie zapóźnienia ekonomiczne maskują jeszcze kryzys, warunkiem wstępnym odrodzenia ruchu rewolucyjnego jest unicestwienie wszelkich pozostałości stalinizmu. Zniszczenie stalinizmu musi się stać delenda Carthago ostatniej rewolucji w prehistorii.

Rewolucja ta musi z kolei zerwać ostatecznie z własną prehistorią, by czerpać całą swoją poezję z przyszłości. Grupki lewackich działaczy głoszących się autentycznymi spadkobiercami bolszewików to zwykła reminiscencja przeszłości, a nie zapowiedź jutra. Ci pogrobowcy „zdradzonej rewolucji” podają się za wiernych strażników bolszewickiej ortodoksji; nadal jednak bronią Związku Radzieckiego, dobitnie pokazując, czemu są tak naprawdę wierni i co skandalicznie zdradzili.

Nie mogą już żywić żadnych złudzeń, chyba że chodzi o słynne „kraje rozwijające się”, w których popierają właśnie niedorozwój teoretyczny. Od „Partisans” (organu pogodzonych stalinotrockistów), aż po wszystkie nurty i frakcje, które wewnątrz lub poza IV Międzynarodówką rozrywają między sobą truchło Trockiego, panuje jednakowa ideologia, złożona z rewolucyjnego pustosłowia oraz jednakowa niezdolność ogarnięcia problemów współczesnego świata. Od rewolucji dzielą ich cztery dekady kontrrewolucji. Mylą się, ponieważ nie żyjemy już w 1920 roku, a zresztą mylili się już wtedy. Rozwiązanie „ultralewackiej” grupy Socialisme ou Barbarie (po jej uprzednim rozłamie na dwie frakcje: „modernistycznej”, pod przywództwem Cardana i tradycyjnie marksistowskie Pouvoir Ouvrier) to dobitny dowód, gdyby rzecz nie była od dawna oczywista, że rewolucja nie może się odwracać plecami od nowoczesności, a poza próbą sformułowania nowej rewolucyjnej krytyki nie ma nowoczesnej myśli. Rozdzielanie tych aspektów kończy się albo muzeum rewolucyjnej prehistorii, albo nowoczesnością władzy, czyli utrwalaniem panującej kontrrewolucji: „Voix ouvrière” albo „Arguments”.
Co się tyczy poszczególnych grupek „anarchistycznych”, dysponują one jedynie tą ideologią, która sprowadza się zresztą do zwykłej etykietki; i są więźniami tejże etykietki. Niebywały „Monde Libertaire” wzniósł się na szczyty najfantastyczniejszej głupoty i cechuje go niezrównany brak spójności; nietrudno zgadnąć, że pismo redagują właśnie studenci. Ci ludzie tolerują dosłownie wszystko, jako że tolerują siebie nawzajem.
Panującemu społeczeństwu, które chełpi się ustawicznymi modernizacjami, musi się obecnie przeciwstawić unowocześniona negacja, wytwarzana przez to społeczeństwo: „Niechaj umarli grzebią i opłakują swoich umarłych”. Praktyczne demistyfikacje związane z procesem historycznym uwalniają świadomość rewolucyjną od widm, które ją nawiedzały; rewolucja życia codziennego staje twarzą w twarz z olbrzymimi zadaniami, które musi wykonać. Rewolucję, podobnie jak zwiastowane przez nią życie, trzeba ponownie wynaleźć. Jeśli projekt rewolucyjny pozostał w gruncie rzeczy niezmieniony – sprowadzając się do obalenia społeczeństwa klasowego – to dlatego, że warunków, w których powstaje, nie zdołano nigdzie przekształcić w sposób radykalny. Należy go podjąć, z radykalizmem i koherencją spotęgowanymi doświadczeniem porażki jego dawnych podmiotów, tak by jego fragmentaryczne urzeczywistnienie nie doprowadziło do kolejnego podziału społecznego.

Jako że stawką w walce pomiędzy władzą a nowym proletariatem może być jedynie całość społeczna, przyszły ruch rewolucyjny winien obalić w swoim łonie wszystko, co dąży do powielania wyalienowanych produktów systemu towarowego; musi stanowić żywą krytykę tego systemu, negację niosącą w sobie wszystkie zarodki możliwego przezwyciężenia. Jak trafnie zauważył Lukács, rewolucyjna organizacja to niezbędne zapośredniczenie między teorią a praktyką, człowiekiem a historią, masą pracowników a proletariatem „ukonstytuowanym w klasę” (sam Lukács obsadził zresztą w tej roli podmiot, który był jej zdecydowanie niegodny: partię bolszewicką). Jeśli „teoretyczne” różnice czy tendencje mają się urzeczywistniać w praktyce, muszą się natychmiast przekładać na kwestie organizacyjne. To właśnie zagadnienie organizacji będzie bowiem sądem ostatecznym nowego ruchu rewolucyjnego, trybunałem, który osądzi spójność jego naczelnego projektu: międzynarodowego urzeczywistnienia absolutnej władzy rad robotniczych; projektu naszkicowanego w XX wiecznych dążeniach rewolucyjnego proletariatu. Organizacja rewolucyjna musi się skupić na radykalnej krytyce wszystkich podstaw zwalczanego przez siebie społeczeństwa: produkcji towarowej, rozmaitych postaciach ideologii, państwa i związanych z nim podziałów.
Oddzielenie teorii i praktyki było tą skałą, o którą rozbił się dawny ruch rewolucyjny. Proletariat jedynie w najwznioślejszych momentach swojej walki potrafił przezwyciężyć ów podział i odnaleźć prawdę obu jego członów. Żadna organizacja nie zdołała jeszcze uporać się z tym problemem. Ideologia, choćby stroiła się w „rewolucyjne” szaty, zawsze służy panom – to sygnał alarmowy wskazujący na obecność wroga w przebraniu. Dlatego też krytyka ideologii stanowi w ostatecznej instancji centralny problem organizacji rewolucyjnej. Kłamstwo jest wytworem świata alienacji, jego pojawienie się wewnątrz organizacji, która pragnie być nośnikiem prawdy społecznej, prowadzi do przekształcenia tej organizacji w kolejne kłamstwo świata opartego na kłamstwie.
Organizacja rewolucyjna dążąca do ustanowienia absolutnej władzy rad robotniczych winna być także środowiskiem, w którym kształtują się zalążki pozytywnych aspektów tej władzy. Innymi słowy, musi ona bezpardonowo zwalczać leninowską koncepcję organizacji. Rewolucja z 1905 roku i spontaniczna samoorganizacja rosyjskich robotników w sowiety stanowiła już praktyczną krytykę tej szkodliwej koncepcji. Mimo to bolszewicy nadal upierali się przy tym, że spontaniczne formy robotniczej organizacji nie mogą wykroczyć poza świadomość „trade-unionistyczną” i nigdy nie zdołają wznieść się na poziom „całości”. Uważali, innymi słowy, że należy zdekapitować proletariat, aby „głową” rewolucji mogła zostać partia. Kto odmawia proletariatowi tak stanowczo, jak to uczynił Lenin, dziejowej zdolności do samoemancypacji, ten odmawia mu również zdolności do zarządzania całokształtem przyszłego społeczeństwa. W takim ujęciu slogan: „cała władza w ręce rad” oznaczał podbój sowietów przez partię i ustanowienie partyjnego państwa na miejsce ginącego „państwa” uzbrojonego proletariatu.
Slogan ten należy przywrócić do łask, oczyszczając go z bolszewickich naleciałości. Proletariat uczestniczy w rewolucyjnej grze tylko wtedy, gdy jej stawką jest cały świat; w przeciwnym razie jest ona niczym. Jedyna forma jego władzy, powszechna samorządność, nie może paktować z żadną inną siłą. Ponieważ jego zwycięstwo pociąga za sobą faktyczny zanik wszelkiej władzy, nie może tolerować żadnych ograniczeń (na przykład geograficznych); kompromisy, na które się godzi, przeradzają się natychmiast w porażkę, w kapitulację. „Samorządność musi być środkiem i celem obecnej walki. Stanowi nie tylko jej stawkę, ale również jej właściwą formę. Jest nie tylko materią, którą sama przetwarza, ale również własną przesłanką.”

Całościowa [unitaire] krytyka świata jest gwarancją spójności i prawdy organizacji rewolucyjnej. Tolerowanie systemu ucisku w jakimkolwiek kraju (choćby z tego względu, że mieni się on „rewolucyjnym”) legitymizuje ucisk jako taki. Tolerować alienację w jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego, to uznać wszystkie urzeczowienia za nieuchronne. Nie wystarczy opowiadać się za abstrakcyjną władzą rad robotniczych, należy ujawnić jej konkretny sens, jakim jest zniesienie produkcji towarowej, a więc zniesienie proletariatu. Logika towaru to ultima ratio istniejących społeczeństw, podstawa totalitarnej samoregulacji owych społeczeństw, przypominających układankę, której wszystkie elementy, tak różne z pozoru, są w istocie ekwiwalentne. Towarowe urzeczowienie stanowi zasadniczą przeszkodę na drodze do całościowej emancypacji i swobodnego tworzenia życia. Praxis w świecie produkcji towarowej nie służy osiąganiu autonomicznie ustalanych celów, ale ściśle się podporządkowuje dyrektywom zewnętrznych potęg. Jeśli prawa ekonomiczne przybierają postać praw przyrodniczych, dzieje się tak dlatego, że ich potęga opiera się wyłącznie na „nieświadomym działaniu uczestników”.


Zasadą produkcji towarowej jest samozatracenie się człowieka w chaotycznym i nieświadomym tworzeniu świata, który całkowicie wymyka się swoim wytwórcom. Radykalnie rewolucyjnym jądrem powszechnej samorządności jest zaś, przeciwnie – świadome i zbiorowe konstruowanie całokształtu życia. Gdyby samorządność objęła władzę nad towarową alienacją, ludzie staliby się jedynie administratorami i planistami własnego przetrwania: byłaby to kwadratura koła. Zadanie stojące przed radami robotniczymi nie polega zatem na zarządzaniu istniejącym światem, ale na jego nieprzerwanym i jakościowym przekształcaniu. Innymi słowy, chodzi o konkretne przezwyciężenie systemu towarowego (wielkiego zbłądzenia w procesie samowytwarzania człowieka).

Owo przezwyciężenie zakłada, ma się rozumieć, zniesienie pracy, którą należy zastąpić nowym rodzajem swobodnej aktywności, a więc obalenie jednego z podstawowych we współczesnym społeczeństwie podziałów: na coraz bardziej urzeczowioną pracę i biernie konsumowane rozrywki. Grupki takie jak Socialisme ou Barbarie czy Pouvoir Ouvrier, które obecnie znajdują się w stanie likwidacji, opowiadają się wprawdzie za nowoczesnym hasłem „władzy robotniczej”, ale w tej właśnie kluczowej kwestii naśladują dawny ruch robotniczy, pokładający nadzieję w reformowaniu i humanizowaniu pracy. Trzeba jednak zaatakować pracę jako taką. Jej zniesienie to nie „utopia”, lecz warunek wstępny rzeczywistego przezwyciężenia społeczeństwa towarowego, obalenia – w codziennym życiu każdej jednostki – podziału na „czas wolny” i „czas pracy”, uzupełniające się sektory wyalienowanego życia, w których bezustannie odzwierciedla się wewnętrzna sprzeczność towaru: opozycja wartości użytkowej i wartości wymiennej. Dopiero po zniesieniu tego podziału ludzie będą mogli uczynić ze swojej życiowej praxis przedmiot własnej woli oraz świadomości; i kontemplować samych siebie w stworzonym przez siebie świecie. Demokracja rad robotniczych to rozwiązanie zagadki wszystkich obecnych podziałów. Wyklucza ona „wszystko, co istnieje niezależnie od jednostek”.

Świadome panowanie ludzi nad historią, którą sami tworzą – oto główna treść projektu rewolucyjnego. Dzieje współczesne, tak jak cała dawniejsza historia, są wytworem społecznej praxis, nieświadomym rezultatem całości ludzkich działań. Kapitalizm w epoce totalitarnej dominacji stworzył swoją nową religię: spektakl. Spektakl to ziemskie urzeczywistnienie ideologii. Nigdy jeszcze świat nie stał tak wyraźnie na głowie. „Podobnie jak »krytyka religii«, krytyka spektaklu stanowi dziś przesłankę wszelkiej krytyki”.

Historia postawiła przed ludzkością problem rewolucji. Z coraz bardziej imponującym nagromadzeniem środków materialnych i technicznych może się równać jedynie powszechne i stale nabrzmiewające niezadowolenie. Burżuazja oraz jej wschodni spadkobierca, biurokracja, nie mogą sobie przyswoić instrukcji obsługi tego błyskawicznego rozwoju materialnego, który stanie się podłożem poezji przyszłości – z tego prostego względu, że ich wspólna rola polega właśnie na utrwalaniu starego porządku. Co najwyżej zgłębiły sekret jego policyjnego wykorzystania. Gromadzą jedynie kapitał, a tym samym wytwarzają proletariat: proletariuszami są ci, którzy nie mają żadnej władzy nad swoim życiem i są tego świadomi. Historyczna szansa nowego proletariatu polega na tym, że jest on jedynym rzeczywistym spadkobiercą bezwartościowego bogactwa świata burżuazyjnego – bogactwa, które należy przekształcić i przezwyciężyć zgodnie z projektem człowieka totalnego, przyswajającego sobie cały świat przyrodniczy oraz własną naturę. To urzeczywistnienie ludzkiej natury może się dokonać jedynie poprzez nieograniczone zaspokojenie i nieskończone spotęgowanie realnych pragnień, które spektakl tłumi i spycha w najmroczniejsze zakamarki rewolucyjnej nieświadomości, a urzeczywistnia wyłącznie w sposób urojony, za pośrednictwem onirycznych majaków reklamy. Autentyczne urzeczywistnienie realnych pragnień (a więc unicestwienie wszystkich pseudopotrzeb oraz pragnień, które system podsyca dzień po dniu, aby ugruntować swoją władzę) nie może się dokonać bez zniesienia i pozytywnego przezwyciężenia towarowego spektaklu. Wyzwolenie nowoczesnej historii, jak również swobodne zastosowanie jej niezliczonych zdobyczy należy do tych właśnie sił, które ona tłumi: pracowników niemających żadnej kontroli nad warunkami, sensem i wytworami własnej działalności. W XIX wieku proletariat był już spadkobiercą filozofii, obecnie przypadło mu również w udziale dziedzictwo nowoczesnej sztuki oraz pierwszej świadomej krytyki życia codziennego. Samozniesienie proletariatu to także i jednocześnie urzeczywistnienie sztuki oraz filozofii. Przekształcenie świata i zmiana życia są dla niego jednym i tym samym projektem, nierozłącznymi hasłami, które będą towarzyszyć jego zniesieniu jako klasy, obaleniu królestwa konieczności i nareszcie możliwemu przejściu do królestwa wolności. Radykalna krytyka i swobodna rekonstrukcja wszystkich zachowań i wartości narzuconych przez wyobcowaną rzeczywistość to jego program maksimum, a wyswobodzona kreatywność kształtowania wszystkich momentów i zdarzeń życiowych to jedyna poezja, którą będzie mógł uznać za swoją, poezja tworzona przez wszystkich, narodziny rewolucyjnego święta. Rewolucje proletariackie będą świętami albo nie będzie ich wcale, ponieważ motywem przewodnim zwiastowanego przez nie życia musi być właśnie święto. Zabawa jest ostateczną zasadą tego święta: żyć bez martwego czasu i czerpać rozkosz bez zahamowań – oto jedyne reguły, które będą w niej obowiązywać.

Członkowie Międzynarodówki sytuacjonistycznej
i studenci strasburscy (rok 1966)


Z języka francuskiego przełożył Mateusz Kwaterko



PAGE 22



UNEF (Union Nationale des Etudiants Francais), francuskie zrzeszenie studenckie (przyp. tłum.).
Kravetz (Marc) zdobył pewną sławę w kołach kierowniczych UNEF; ten wytrawny mówca popełnił straszny błąd, rzucając się w wir: „refleksji teoretycznej”: w 1964 roku opublikował w „Les Temps Modernes” pean na cześć samorządów studenckich, by w następnym roku potępić je na tych samych łamach.
Pojęciami takimi jak spektakl czy rola posługujemy się rzecz jasna w znaczeniu, jakie tym pojęciom nadali sytuacjoniści.
Gdy nie plują mu w gębę, szczają mu na pysk.
Aczkolwiek bez świadomości rewolucyjnej owych robotników, którzy nie mamili się ułudą awansu.
Nie mamy tu na myśli wiedzy wykładowców École Normale Supérieure czy Sorbonki, lecz kulturę encyklopedystów lub Hegla.
Ponieważ nie mają odwagi powoływać się na filistyński liberalizm, odwołują się do rzekomych swobód uniwersyteckich w średniowieczu, epoce „demokracji braku wolności”.
Por. „Internationale Situationniste”, nr 9, Correspondance avec un cibernéticien oraz sytuacjonistyczną ulotkę La tortue dans la vitrine, wymierzone w neoprofesora Abrahama Moles’a.
Por. La lutte sexuel de jeunes [Walka seksualna młodych] oraz Funkcja orgazmu.
Żeby zmusić przedstawicieli innych grup społecznych do stawienia się w szpitalnej fortecy psychiatry potrzebny jest kaftan bezpieczeństwa. Studentom wystarczy oznajmić, że w getcie powstały wysunięte posterunki kontroli: zbiegają się tam hurmem, trzeba im wręcz rozdawać numerki porządkowe

O gangu „argumentystów” i zniknięciu ich organu por. ulotkę „Na śmietnik historii”, którą Międzynarodówka Sytuacjonistyczna dystrybuowała w 1963 roku.
Jeśli już przy tym jesteśmy, warto zalecić metodę stosowaną już przez najinteligentniejszych, a polegającą na ich kradzeniu.
W tym sensie, że młodzież nie tylko go odczuwa, ale pragnie go również wyrazić.
Członkowie ruchu antyatomowego odkryli, ujawnili i zajęli ściśle tajne schrony atomowe przeznaczone dla członków rządu.
Mamy tu na myśli doskonałe czasopismo „Heatwave”, które z numeru na numer prezentuje coraz spójniejszy radykalizm.
Shop steward, w Wielkiej Brytanii etatowy działacz związkowy, wybrany przez pracowników określonego zakładu pracy (przyp. tłum.).
„Internationale Situationniste”, nr 8.
Ich realne dokonania sprowadzają się do uprzemysłowienia poprzez klasyczną akumulację pierwotną, której największe koszty ponosi chłopstwo, a wzmożoną przez biurokratyczny terror.
We Francji od 45 lat partia zwana komunistyczną nie podjęła żadnej próby zdobycia władzy. Dzieje się tak we wszystkich krajach rozwiniętych, do których nie wkroczyła tak zwana Armia Czerwona.
Les luttes des classes en Algérie, „Internationale Situationniste”, nr 10.
Adresse aux révolutionnaires…, ibidem.
Systemu, którego głównym wyznacznikiem jest utowarowienie pracy.
Po krytyce teoretycznej, którą sformułowała Róża Luksemburg.
Les luttes des classes en Algérie, op. cit..
„Internationale Situationniste”, nr 9.







Posted in , , |

Potulność fakultetów
Maciej Gdula






Tak jak nie byłoby dzisiejszego świata bez ’68, tak nie byłoby ’68 bez uniwersytetów. To stamtąd rekrutowali się aktywiści i tam formowały się idee, które nadawały znaczenie zachodzącym właśnie procesom. Uniwersytety były miejscami, skąd promieniowało napięcie i nowe pomysły na organizowanie życia społecznego. Dzisiejsza sytuacja znacznie różni się od tego, co działo się 40 lat temu. Z miejsc, gdzie bił polityczny puls, uniwersytety przekształciły się w instytucje uczestniczące w reprodukcji społeczeństw kapitalistycznych. Nie znaczy to, że duch ’68 po prostu wygasł. Źródeł obecnego stanu rzeczy poszukiwać należy także w samych wydarzeniach z tamtych lat.

Przeciąg na uniwersytecie

Cechą charakterystyczną konfliktów społecznych w latach 60. było nakładanie się na siebie różnorodnych walk i idei. Sam ruch studencki pozostawał zróżnicowany, a dodatkowo protesty studentów łączyły się z takimi wystąpieniami społecznymi, jak walka z segregacją rasową, strajki robotnicze czy protesty przeciw męskiej dominacji wobec kobiet. Niezależnie od różnic w ramach wielowątkowego ruchu studenckiego, kilka elementów wysunęło się na pierwszy plan i zdefiniowało znaczenie rewolty.

Postulaty studentów dotyczące pojedynczych kwestii, takich jak ceny biletów, zniesienie zakazu przebywania w akademikach osób odmiennej płci czy możliwość przedłużania studiów szybko rozszerzyły swój zakres, przeradzając się w krytykę uniwersytetu jako struktury biurokratycznej osadzonej w społeczeństwie, w którym wolność ma wyłącznie formalny charakter. Ruchy studenckie kwestionowały istnienie uniwersytetu jako miejsca reprodukcji klas uprzywilejowanych, instytucję, w której dominuje tradycyjna relacja pedagogiczna i mechanizm produkcji wiedzy mający służyć kontroli i zachowaniu niesprawiedliwych stosunków społecznych.

Studenci domagali się otwarcia uniwersytetu na przedstawicieli niższych klas społecznych i zerwania z elitaryzmem panującym na uczelniach. Zamiast wiedzy będącej przywilejem domagali się wiedzy dostępnej dla każdego, kto chciałby ją zdobyć. Uniwersytet miał przyciągać robotników, którzy mogliby nie tylko wynająć tanie pokoje na campusie i jeść obiady w stołówce uniwersyteckiej, ale także uczestniczyć w specjalnych seminariach poświęconych interesującym ich problemom. Postulat otwarcia uniwersytetów był elementem szerszego projektu demokratyzacji stosunków społecznych. Przewietrzenie instytucji, w których dokonywała się reprodukcja klas uprzywilejowanych, miało uderzyć w jedną z zasad podtrzymujących hierarchiczne stosunki klasowe.

Krytyka uniwersytetu obejmowała także zakwestionowanie tradycyjnych relacji między studentami a kadrą naukową, opartych na podtrzymywaniu dystansu dzielącego studentów od profesorów jako kapłanów poznania. W miarę jak studenci konstatowali rozdźwięk między sprawami, które uznawali za ważne, a hierarchią problemów reprodukowaną przez profesorów, tradycyjna relacja między wtajemniczonymi a dopuszczanymi do tajemnicy przestała być przez studentów przeżywana jako coś autentycznego. Uczelniane konwencje utrzymywały się nadal, lecz dla studentów stało się jasne, że muszą darzyć szacunkiem nie wiedzę i odwagę myślenia, ale pozycję w hierarchii. To doświadczenie odczarowało uniwersytet i pozbawiło go aury miejsca wyjątkowego i autonomicznego. Stąd był już tylko krok do uznania go za instytucję taką jak inne – z hierarchią, arbitralnym podziałem władzy i przywilejów, z wyznaczoną funkcją w utrzymywaniu stabilności systemu społecznego.

Próba redefinicji ról studenta i profesora wiązała się z postulatami zmiany sposobu produkcji wiedzy. Tradycyjnie profesor sam wyznaczał tematy badań i określał sposób ich prowadzenia. Studenci podważali ten model jako niedemokratyczny i bezpośrednio związany z dominacją. Polegała ona na usuwaniu z pola zainteresowań tematów drażliwych i niewygodnych, a także na reprodukowaniu procesu poznawczego ograniczającego twórczość studentów. Krytyka dotyczyła więc jednocześnie treści i formy. Podawano w wątpliwość zarówno oczywistość tradycyjnych tematów badawczych, jak i sam mechanizm tworzenia wiedzy, w którym studenci pozbawieni byli aktywnej roli. Pojawiły się postulaty, aby w proces badawczy i tworzenie wiedzy zaangażowani byli jednocześnie studenci i profesorowie, a także ludzie spoza uniwersytetu. Tak zorganizowana współpraca miała przekraczać zarówno bariery społeczne, jak i ograniczenia tradycyjnych kategorii poznawczych. Niekiedy wiązało się to z postulatami odrzucenia rozumu, uważanego za neutralną podstawę poznania, i jego krytyką jako narzędzia kontroli i dominacji. Oczekiwano powstania nowej uspołecznionej wiedzy, która wyzwoliłaby społeczeństwo z alienujących mechanizmów panowania i pracy.

Rozprzestrzenianie się protestu poza ramy uniwersytetów sprawiło, że sama definicja roli studentów w polityce szybko stała się przedmiotem walki i legitymizacyjnych zabiegów. Ruchy studenckie, a także sympatyzujący z nimi badacze wskazywali, że dokonuje się zasadnicza zmiana w sposobie uprawiania polityki. Studenci definiowali się jako podmiot predestynowany do zmiany całego systemu społecznego, ponieważ nie zajmowali w nim wyraźnie określonego miejsca, a jednocześnie odczuwali na sobie wszelkie jego niedogodności. Zmiana polityczna, jaką proponowali, miała wykraczać poza redystrybucję dóbr i przywilejów i wymierzona była przeciwko logice całego systemu. Inaczej niż na przykład robotnicy, studenci nie mieli bieżących interesów materialnych i nie ograniczali swoich postulatów do zmian w podziale dochodu. Ruchy studenckie dystansowały się też od partii jako mechanizmu organizacji działań politycznych i wybierały spontaniczne formy oddziaływania na politykę przez akcje bezpośrednie, pikiety, strajki i luźne koalicje. Pozostawanie poza światem zinstytucjonalizowanej polityki miało gwarantować zachowanie autentyczności i realizację naprawdę ambitnych celów politycznych.

Taki ambitny cel stanowiła zmiana systemu społecznego, którego głównymi zasadami były biurokratyczna kontrola i ograniczenia narzucane jednostce. Ograniczenia oficjalnie przedstawiane były jako gwarancja stabilności i dobrobytu, przeciwstawiano je horrorowi II wojny światowej. Kontrkulturowa krytyka uwypuklała zagrożenie wojną atomową i przypominała o toczących się wojnach w Trzecim Świecie by wykazać, że istota systemu jest głęboko destrukcyjna. Głęboka zmiana społeczna miała polegać na odrzuceniu mechanizmów kontroli i wyzwoleniu ludzkiej spontaniczności i kreatywności. Miejsce biurokratycznej logiki miały zająć autentyczne kontakty, zamiast pracy i nadzoru kwitnąć miała miłość i sztuka. W takiej rzeczywistości indywidualność jednostki nie byłaby już skrępowana, ale zyskałaby nieznane dotąd możliwości samorozwoju. Dostęp do wiedzy i procesu jej wytwarzania w ramach zreformowanego uniwersytetu był jednym z elementów planowanej zmiany. Rozszerzenie grupy studiujących oznaczałoby, że w nowym systemie więcej osób może żyć w zgodzie z ideałami samorealizacji.

Nieuwarunkowana pozycja studentów w ramach systemu i wynikająca z tego uprzywilejowana sytuacja poznawcza i polityczna była potem kwestionowana przez analizy pokazujące strukturalne warunki rewolty i jej demograficzne podstawy, związane z napięciami występującymi przy reprodukcji systemu społecznego. Pierre Bourdieu w odniesieniu do wydarzeń we Francji wskazywał, że napięcia spowodowane były napływem do systemu edukacyjnego studentów z licznego pokolenia dzieci urodzonych po wojnie i niemożnością zapewnienia im adekwatnych pozycji na rynku pracy. Rewolta miała być owocem rozziewu miedzy aspiracjami a możliwościami ich realizacji. Istnienie strukturalnych warunków rewolty nie zmienia jednak faktu, że postulaty artykułowane przez ruch, takie jak samorealizacja, spontaniczność, przekraczanie granic, autentyczne kontakty międzyludzkie, dowartościowanie zabawy, miłości i sztuki – odmieniły charakter życia społecznego po roku ’68.

Elastyczne studiowanie

Hasła rewolty zostały w dużej mierze przejęte i zaadoptowane do potrzeb elastycznego kapitalizmu – zastąpił on kapitalizm korporacyjny, w którym akumulacja kapitału połączona była z funkcjonowaniem instytucji gwarantujących stabilność i dobrobyt w ramach państw bezpieczeństwa socjalnego. W elastycznym kapitalizmie od produkcji ważniejsze stają się operacje finansowe, nie obowiązuje polityka pełnego zatrudnienia, wzrastają różnice dochodowe, a jednostce, która może korzystać z wolności obsługiwanej przez rynek towarzyszy ciągła niepewność co do swoich losów w życiu prywatnym i na rynku pracy. Wolność jednostki, gotowość do samorozwoju i przekraczania granic zostały wmontowane w system intensyfikacji wysiłku pracowników, redukcji napięć przez indywidualizację problemów społecznych i ekspansję rynku na nowe obszary, takie jak niszowe style życia z jednej strony i usługi publiczne z drugiej.

W latach 60. oczywistą drogą rozwiązywania problemów była polityczna mobilizacja. Dziś, choć lista problemów z pewnością nie jest krótsza – bieda, głód, niespotykane wcześniej nierówności, problem ekologiczny, władza wielkich korporacji, konflikty międzynarodowe – powszechne jest raczej zwątpienie w możliwość znalezienia dla nich rozwiązania przez zaangażowanie polityczne. Ten stan rzeczy jest także związany z utratą funkcji krytycznych przez uniwersytety i ich stopniowe przekształcanie w instytucje produkujące absolwentów pogodzonych z realiami elastycznego kapitalizmu.

Studenci wkraczający na uniwersytety w latach 60. mieli poczucie wyraźnej różnicy pomiędzy czasem zdobywania kompetencji a pracą. Nawet jeśli pracowali dorywczo w czasie studiów, wiadomo było, że praca jest dodatkiem do procesu edukacji, który otwierać miał możliwości zatrudnienia. Dziś od najmłodszych lat przygotowuje się jednostki do rywalizacji w ramach elastycznego rynku pracy, gdzie liczą się zmienne kompetencje i gotowość do zdobywania wciąż nowych doświadczeń. Kontrola społeczna nie realizuje się już przez zakazy i wezwania do podporządkowania się normom, lecz funkcjonuje jako nakaz samorozwoju. Gdy ktoś za nim nie podąża, ryzykuje skostnienie, odbiera sobie szanse rozwoju i sam ponosi winę, jeśli ominą go najlepsze oferty na rynku pracy. W ten sposób zacierana jest granica między zewnętrznymi wymogami świata pracy a rzeczywistym życiem prywatnym. Ideałem jest dziś praca, gdzie jednostka może być w pełni sobą i ciągle się rozwijać.

Włączenie w czas studiów pracy i praktyk, staży i wolontariatów, dodatkowych kursów (np. językowych, technik uczenia się, treningów emocjonalnych), wraz z rekonstrukcją sposobu funkcjonowania kontroli społecznej ograniczyło zbiorowe doświadczenie rozczarowania dużych grup studenckich w konfrontacji z rynkiem pracy. Zamiast rozpoznawania wspólnoty losu studenci realizują indywidualne strategie, za które – zgodnie z dominującymi wyobrażeniami – sami są odpowiedzialni. Jeśli ktoś ponosi porażkę, nie jest winny braku dyscypliny w podążaniu wyznaczonymi ścieżkami wychowania i kariery, ale odczuwa wstyd, ponieważ porażka dotyka samej istoty osobowości – brak możliwości znalezienia ciekawej pracy oznacza, że jesteśmy nieciekawymi ludźmi. W ten sposób niedogodności elastycznego kapitalizmu nie są kodowane jako problem z rzeczywistością, lecz funkcjonują jako indywidualne problemy z osobowością.

Włączenie wolności, autentyczności i samorozwoju w tryby rywalizacji na rynku pracy nie oznacza, że życie jednostek nie jest poddane ścisłym regulacjom. Wręcz przeciwnie, wymogi konkurencji sprawiają, że samorozwój musi być racjonalnie zarządzany. Kariera powiązana jest z takimi praktykami ideologicznymi, jak budowanie CV czy elektroniczne systemy rejestracji na uczelniach. Budowanie CV nie jest po prostu zapisem przebiegu kariery i posiadanych umiejętności, lecz techniką promującą pewien sposób myślenia o sobie jako jednostce zdobywającej sprawności i doświadczenia przydatne w kolejnych procesach rekrutacji. Studia to nie coś, co nadaje nam czasowo tożsamość i łączy z innymi zajmującymi tę samą pozycję, ale jeden z elementów procesu edukacyjnego między liceum a studiami podyplomowymi, kiedy jesteśmy także wolontariuszem, stażystą lub pracownikiem. Elektroniczne systemy rejestracji zmieniają tradycyjny proces uczestniczenia w życiu uniwersytetu, oparty na rozwijaniu osobistych zainteresowań i zróżnicowanym wkładzie pracy w poszczególne zajęcia, w zestaw deadlinów i standardowych zaliczeń. W ten sposób uniwersytet wprowadza studentów w reżimy elastycznego rynku pracy.

Nie można zrozumieć obecnej kondycji uniwersytetów bez uwzględnienia ich postępującej komercjalizacji. W wielu krajach wyższe uczelnie coraz częściej traktują swoją ofertę edukacyjną jako odpowiedź na popyt. Kiedy pojawia się duża liczba kandydatów chcących studiować na przykład marketing i zarządzanie, powstają odpowiednie kierunki zapewniające kształcenie w tym zakresie, niezależnie od zapotrzebowania na absolwentów określonych specjalności na rynku pracy. Jeśli powiążemy to ze wzrastającą liczbą studiujących, nie dziwi spadająca wartość dyplomów i fakt, że absolwenci coraz częściej są zmuszeni do podejmowania nisko opłacanej pracy poniżej swoich kompetencji. Podobna sytuacja prowadziła w latach 60. do napięć, ale dziś osadzona jest w kontekście elastycznego rynku pracy i zagrożenia bezrobociem. Pójście na studia, nawet jeśli nie zapewnia dobrze płatnej pracy, chroni jednak przed zarabianiem najniższych stawek, co często oznacza uniknięcie statusu working poor. Wyższa edukacja przestała zatem łączyć się z obietnicą dostępu do wyższych stanowisk, a stała się dla wielu jedynie polisą chroniącą przed społeczną degradacją.

Pożegnanie Uniwersytetu?

Ta sytuacja nie pozostaje bez wpływu na rolę i status naukowców. Jednemu z moich znajomych pracującym do niedawna na uniwersytecie w Belfaście powiedziano, że nie będzie uczył, jak dotychczas, ekonomii politycznej, ale zajmie się kryminologią, ponieważ na ten kierunek zgłosiło się wielu chętnych, a jeśli nie zgodzi się na nowe obowiązki, będzie musiał poszukać sobie innej pracy. Wymogi elastycznego rynku pracy nie omijają zatem wykładowców. W coraz większym stopniu traktuje się ich jako nauczycieli wynajmowanych do dydaktyki, a nie badaczy cieszących się wolnością poszukiwań naukowych i udostępniających ich owoce. Jeśli natomiast uczelnie rozwijają segment badawczy, to naukowców zatrudnia się na czas obsługi grantów, co sprawia, że oprócz ograniczonej autonomii w wyborze tematów muszą oni konkurować o środki i nie mają pewności co do zachowania swojego miejsca pracy po zakończeniu badań. Niepewność zatrudnienia, komercjalizacja, a także zarobki, znacznie odbiegające od uzyskiwanych przez najbardziej nagradzanych pracobiorców, jakimi stali się dziś menadżerowie, sprawiły, że naukowcy coraz częściej równają do szeregowych pracowników elastycznego kapitalizmu. Pozbawienie naukowców roli kapłanów prawdy z pewnością nie doprowadziło do egalitaryzacji w procesie produkcji wiedzy. Zamiast tego mamy do czynienia z redukcją uniwersytetu do funkcji dydaktycznych lub badawczych odpowiadających na zapotrzebowania klientów.

Krytyczne funkcje uniwersytetu osłabia, oprócz komercjalizacji, zamykanie się perspektyw krytycznych w błędnym kole oporu i demaskacji. Podważenie uprzywilejowanego dostępu do prawdy zaowocowało dominacją perspektyw określanych, dość nieostro, jako postmodernistyczne. Kwestionują one możliwość jakiegokolwiek prawomocnego ugruntowania poznania i zajmują się odkrywaniem opresji stojącej za wszelkimi roszczeniami do prawdziwości i ponadlokalnej narracji. Z jednej strony, oznaczało to rezygnację z krytyki formułowanej z pozycji prawodawcy i przejście na miękką pozycję tłumacza niewchodzącego w agon z innymi interpretacjami, ale przestrzegającego przed każdą wielką narracją. Drugą konsekwencją był wysyp krytycznych teorii poszukujących opresji w nieodkrytych dotąd obszarach i koncentracja na identyfikowaniu coraz to nowych ofiar dominacji. Utopijny język wyzwolenia i samorozwoju został zagarnięty przez elastyczny kapitalizm, a uniwersytetowi pozostawiono gorzką esencję demaskacji bez obietnicy zbawienia. Skutkiem tego było zamknięcie się perspektyw krytycznych w ramach uniwersytetu i budowanie oporu wobec coraz wymyślniej odsłanianych mechanizmów panowania. Intelektualiści zamiast zaangażowania w publiczną debatę dają świadectwo w akademickich grach językowych.

Odzyskanie funkcji krytycznych przez uniwersytet musiałoby dziś wiązać się z podważaniem zasad, na jakich opiera się reprodukcja wyższych uczelni w ramach komercyjnej oferty edukacyjnej i badawczej. Jeśli uniwersytet nie będzie publiczną instytucją zaangażowaną w sprawy ludzkości, grozi mu redukcja do rangi szkoły ponadlicealnej, gdzie nie kształci się obywateli, ale trenuje pracowników. Nie oznacza to konieczności powrotu do modelu uczelni elitarnych. Idee otwarcia uniwersytetu na nowe problemy i zaangażowania w życie publiczne wciąż pozostają pomysłami czekającymi na realizację. Nie dokona się tego jednak, dbając o polifonię i pozostając przy językach krytycznych skoncentrowanych na odkrywaniu i odgrywaniu roli ofiary. Prawdziwe otwarcie oznacza wykorzystywanie autonomicznych narzędzi pozostających do dyspozycji nauki w konkretnych walkach, jakie toczą się w życiu społecznym.


Kristin Ross zwraca uwagę, że mówienie o paryskim Maju przez pryzmat ruchów studenckich jest dowodem na zawłaszczenie sensu tamtych wydarzeń, które objęły chociażby największy strajk w dziejach Francji (przystąpiło do niego 9 milionów pracowników), przez grupę ludzi posiadających wysoki kapitał kulturowy. Zob. K. Ross, May 68’ and its Afterlifes, The University of Chicago Press, Chicago – London 2002. Odnośnie różnych postulatów stawianych przez ruchy społeczne zob. Rok 1968 – 40 lat później. Marzenie o wykonalności zmiany, Heinrich Böll Stiftung, Warszawa 2008.
Zob. D. Cohn-Bendit, Wyobraźnia przejmuje władzę, przeł. M. Gdula, „Krytyka Polityczna”, 2004, nr 6, s. 56.
R. Vaneigem, Rewolucja życia codziennego, przeł. M. Kwaterko, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2004, s. 233–265.
P. Bourdieu, Moment krytyczny, przeł. M. Gdula, „Krytyka Polityczna”, 2004, nr 6.
Zob. np. U. Beck, Społeczeństwo ryzyka, Scholar, Warszawa 2002; M. Hirszowicz, Stąd, ale dokąd?, Sic!, Warszawa 2007; D. Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, przeł. J.P. Listwan, Książka i Wiedza, Warszawa 2008.
A. Ostolski, 1968. Lekcja realizmu, w: Maj 68’. Rewolta, red. D. Cohn-Bendit i R. Dammann, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 17.
S. Aronowitz, Knowledge Factory, Beacon Press, Boston 2000, s. 29–30.



Posted in , |

Kontrola nad mediami
Noam Chomsky



Początki historii propagandy

Zacznijmy od pierwszej współczesnej operacji propagandowej, przeprowadzonej przez rząd. Stało się to za czasów administracji Woodrowa Wilsona. Gdy wybrano go prezydentem w 1916 roku, jego program głosił: ,,Pokój bez zwycięstwa'' Było to w środku Pierwszej Wojny Światowej. Ówczesne społeczeństwo było nastawione wyjątkowo pacyfistycznie i nie widziało żadnego powodu, by angażować się w wojnę w Europie.
Ponieważ administracja Wilsona była zdecydowana na udział w wojnie, musiała jakoś temu zradzić. Stworzono więc rządową komisję propagandową - tak zwaną Komisję Creela. Udało się jej w ciągu sześciu miesięcy przemienić pacyfistyczne społeczeństwo w histeryczną, pałającą chęcią walki zbiorowość, pragnącą zniszczenia wszystkiego, co niemieckie, rozrywania Niemców na strzępy, przystąpienia do wojny i ocalenia świata. Było to znaczne osiągnięcie, które prowadziło do kolejnych. W tym samym czasie oraz później, po wojnie, wykorzystano identyczne techniki do wywołania histerycznej obawy przed tak zwanym Czerwonym Zagrożeniem. Umożliwiło to skuteczne zniszczenie związków zawodowych oraz likwidację tak niebezpiecznych problemów jak wolność prasy i myśli politycznej. Cieszyło się to znacznym poparciem mediów i establishmentu przemysłowego, które w istocie organizowały promowały większość tych działań, co walnie przyczyniło się do ich sukcesu.
Pośród tych, którzy aktywnie i entuzjastycznie partycypowali w tym procesie, byli ,,postępowi'' intelektualiści, osoby z kręgu Johna Deweya. Byli oni bardzo dumni, co widać na podstawie ich ówczesnego piśmiennictwa, iż, jak to określali, ,,bardziej inteligentni członkowie społeczeństwa'' - czyli oni sami - zdołali pchnąć niechętną zbiorowość do wojny przez wzbudzenie w niej strachu i szermowanie fanatycznymi sloganami. Wykorzystano w tym celu szeroki wachlarz środków. Sfabrykowano na przykład liczne opowieści o popełnianych przez Hunów okrucieństwach, o obrywaniu przez nich rączek belgijskim niemowlętom, o wszelkiego rodzaju okropnościach, na które nadal można natknąć się w podręcznikach historii. Były to bez wyjątku wymysły brytyjskiego ministerstwa propagandy, które postawiło sobie za cel - jak określało to na swoich tajnych naradach - ,,kontrolowanie myśli całego świata''.Co bardziej istotne, pragnęło ono również kontrolować myślenie co bardziej inteligentnych członków amerykańskiego społeczeństwa, którzy szerzyliby dalej wysmażaną przez nie propagandę i pchnęli pacyfistyczne państwo w objęcia wojennej histerii. Zamiar ten udało się zrealizować, i to nadzwyczaj skutecznie. Płynie stąd nauka: państwowa propaganda, wspierana przez wykształcone klasy, gdy nie można się jej sprzeciwić, może przynieść olbrzymie rezultaty. Naukę tę przyswoili sobie Hitler i wielu innych, wcielając ją w życie po dziś dzień !

Demokracja widzów

Inną grupą, pozostającą pod wrażeniem tych sukcesów, byli liberalni teoretycy Partii Demokratycznej i czołowi przedstawiciele mediów - na przykład Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy, wiodący komentator polityki wewnętrznej i zagranicznej oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Jeżeli zajrzy się do jego essejów zebranych, natrafi się na podtytuły w rodzaju: ,,Postępowa teoria liberalnej myśli demokratycznej'' ( ,,A Progressive Theory of Liberal Democratic Thought''). Lippman zasiadał we wspomnianych komisjach propagandowych i zdawał sobie sprawę z ich osiągnięć. Dowodził, że ,,rewolucja w sztuce demokracji'', jak to określał, może zostać wykorzystana do ,,fabrykowania przyzwolenia'' - czyli zapewniania dzięki nowym technikom propagandowym zgody społeczeństwa na to, na co nie miało ono ochoty.
Lippman był zdania, że jest to dobra, ba niezbędna koncepcja. Niezbędna, ponieważ ,,dobro ogólne całkowicie umyka opini publicznej'', jak to sformułował. Może je zrozumieć i dążyć do niego jedynie wyspecjalizowana klasa odpowiedzialnych jednostek, dość inteligentnych, by pojąć, jakie są rządzące światem mechanizmy. Teoria ta zakłada, że jedynie niewielka elita - społeczność intelektualistów, o której mówili zwolennicy Deweya - jest w stanie pojąć dobro ogólne, czyli to, na czym zależy nam wszystkim i co ,,umyka opini publicznej''. Poglądy tego rodzaju lansowane były od stuleci. Jest to również typowo leninowskie stanowisko. W istocie cechuje się ono bliskim powinowactwem do leninowskiej koncepcji, że czołówka rewolucyjnych intelektualistów powinna przejąć władzę państwową, wykorzystując w tym procesie siłę ludowych buntów, a następnie popędzić głupie masy ku przyszłości, dla której pojęcia są one zbyt ciemne i niekompetentne. Teoria liberalnej demokracji i marksizm i leninizm są bardzo bliskie w swych ideologicznych założeniach.
Uważam to za jedną z przyczyn, dla których różnym ludziom przez lata było łatwo przechodzić od jednego stanowiska do drugiego bez poczucia istotnej zmiany. Była to tylko kwestia oceny, gdzie tkwią korzenie władzy. Może dojdzie do ludowej rewolucji, która wyniesie nas na szczyty; może nie, i będziemy zmuszeni do współpracy z istniejącą władzą, czyli społecznością kapitalistyczną. Tak czy inaczej, będziemy działać identycznie: poganiać głupie masy w stronę świata, które są niezdolne zrozumieć go na własną rękę.
Lippman poparł swoje wywody szczegółowo opracowaną teorią postępowej demokracji. Twierdził, iż we właściwie zorganizowanej demokracji istnieją klasy obywateli. Na czoło wysuwa się klasa, pełniąca czynną rolę w prowadzeniu spraw publicznych. Są to ludzie, którzy analizują, wykonują, podejmują decyzje i kierują działaniem systemów: politycznego, ideologicznego i ekonomicznego. Jest to niewielki odsetek populacji. Naturalnie, każdy, kto wysuwa takie idee, zawsze należy do tej niewielkiej grupy, i mówi o tym, co należy zrobić z pozostałymi obywatelami. Ci pozostali - nie należąca do owej niewielkiej grupki zdecydowana większość społeczeństwa, to według określenia Lippmana ,,zdezorientowane stado'' ( ,,bewildered herd'' ). Musimy chronić się przed gniewem i możliwością stratowania przez zdezorientowane stado. W demokracji realizowane są dwie funkcje. Klasa wyspecjalizowana, czyli ludzie odpowiedzialni, pełnią funkcję wykonawczą, czyli myślą o dobrze publicznym, planują je oraz je rozumieją. Zdezorientowane stado również ma swoją rolę w demokracji. Według twierdzeń Lippmana, jest to rola widzów, a nie uczestników działania. Funkcja stada jest jednak rozleglejsza, bowiem mówimy o demokracji. Od czasu do czasu pozwala się mu poprzeć tego czy innego członka klasy wyspecjalizowanej. Innymi słowy tłumowi pozwala się powiedzieć: ,,Chcemy, byś ty - lub ty - był naszym przywódcą''. Dzieje się tak dlatego, że żyjemy w ustroju demokratycznym, a nie państwie totalitarnym. Określa się to jako wybory. Po wyrażeniu poparcia dla tego czy innego członka klasy wyspecjalizowanej, tłumowi pozwala się jednak na usunięcie się w tło i stanie na powrót widzami, a nie uczestnikami działania. Tak właśnie powinna wyglądać prawidłowo funkcjonująca demokracja.

Podejście takie jest w pewnym sensie logiczne. Kryje się za nim nawet swego rodzaju ogólna zasada moralna. Imperatyw ten zakłada, iż masy są zbyt naiwne, by pojąć funkcjonowanie świata. Gdyby próbowały partycypować w podejmowaniu dotyczących ich decyzji, powodowałyby tylko kłopoty.

Wobec tego dopuszczenie ich do decydowania byłoby czymś niewłaściwym i niemoralnym. Należy poskramiać zdezorientowane stado, a nie pozwalać mu na wściekłe tratowanie wszystkiego, co popadnie. Mniej więcej taka sama logika zakłada, że niewłaściwe jest pozwolenie trzylatkowi na samodzielne przechodzenie przez ulicę. Nie daje się mu takiej swobody, ponieważ trzylatek nie wie, jak korzystać z tej wolności. Na tej samej zasadzie nie można pozwolić zdezorientowanemu stadu na współuczestniczenie w działaniu – wywołałoby to tylko kłopoty.
Potrzebne jest więc narzędzie do poskromienia zdezorientowanego stada. Jest nim nowa rewolucja w sztuce demokracji: ,,fabrykowanie przyzwolenia''. Konieczny jest podział środków przekazu, szkolnictwa i kultury popularnej. Muszą one uczyć przedstawicieli klasy politycznej i decydentów pewnego znośnego poczucia rzeczywistości, chociaż oczywiście muszą jednocześnie wpajać właściwe wartości. Trzeba pamiętać, że kryje się za tym nie wyrażona przesłanka. Przesłanka ta - którą muszą skrywać przed sobą nawet odpowiedzialne osoby - dotyczy sposobu, w jaki uzyskali oni pozycję, umożliwiającą im podejmowanie decyzji. Oczywiście, dzieje się tak dlatego, że służą oni ludziom, dysponującym prawdziwą władzą ! Jest to bardzo wąskie grono. Jeśli klasa wyspecjalizowana zbliży się do niego i stwierdzi: ,,możemy służyć waszym interesom'', wówczas zostanie wciągnięta do pełnienia wykonawczej roli. Należy to jednak utrzymywać w tajemnicy. Znaczy to, że należy członkom tej klasy wpoić przekonania i doktryny, służące interesom dysponentów prywatnie posiadanej, rzeczywistej władzy. Otrzymujemy więc oddzielny system edukacyjny, nakierowany na klasę wyspecjalizowaną, czyli ludzi odpowiedzialnych. Należy poddać ich dokładnej indoktrynacji, obejmującej wartości i interesy przedstawicieli prywatnej władzy oraz reprezentującego ich kompleksu państwowo-korporacyjnego. Uwagę reszty zdezorientowanego stada należy w zasadzie zająć czymś innym - nie dopuścić, by mogło narobić kłopotów. Zadbać, by jego członkowie pozostali praktycznie wyłącznie obserwatorami działań, jedynie sporadycznie wyrażającymi poparcie dla tego czy innego prawdziwego przywódcy, spośród których pozwala się im dokonać wyboru.

Podobny punkt widzenia rozwijało wielu ludzi. Prawdę mówiąc, jest on dość konwencjonalny: na przykład czołowy współczesny teolog i komentator polityki zagranicznej Reinhold Niebuhr, czasami nazywany ,,teologiem establishmentu'', guru George Kennana, intelektualistów spod znaku Kennedy'ego i innych, stwierdził, iż ,,racjonalizm to bardzo rzadka umiejętność''. Cechuje się nim jedynie wąskie, ograniczone grono ludzi. Większość kieruje się po prostu emocjami i impulsami. Ci z nas, którzy są racjonalistami, muszą tworzyć niezbędne iluzje i obdarzone silnym ładunkiem emocjonalnym nadmierne uproszczenia, by naiwni prostaczkowie nie zbaczali zbytnio z należnego kursu. Podejście takie stało się znaczącym elementem współczesnej nauki politycznej. W latach dwudziestych i trzydziestych Harold Laswell, współtwórca nowoczesnych zasad, określających zasady społecznej komunikacji, jeden z wiodących reprezentantów amerykańskich nauk politycznych, wyjaśniał, iż nie powinniśmy ulegać ,,demokratycznym dogmatyzmom'', zakładającym, że obywatele są najlepszymi znawcami swoich interesów. Jest przecież inaczej - to my znamy się najlepiej na dobrze publicznym. Dlatego też zwykła moralność nakazuje nam dopilnowanie, by nie mieli oni okazji do realizacji swoich niewłaściwych koncepcji. Jest to proste w strukturze, którą określa się obecnie państwem totalitarnym lub reżimem militarnym. Dzierży się pałkę nad głowami obywateli i korzysta z niej, jeżeli wychylą się poza przewidziane granice. Możliwość taką jednak traci się, im bardziej społeczeństwo staje się wolne i demokratyczne, dlatego też należy uciec się do technik propagandowych. Logika jest oczywista: propaganda jest dla demokracji tym, czym pałka dla państwa totalitarnego !
Jeszcze raz powtórzmy: jest to dobre i rozsądne, ponieważ zdezorientowane stado nie potrafi pojąć dobra publicznego. Zrozumienie go po prostu przekracza jego możliwości.

Public relations

USA było pionierem sektora ,,public relations''. Celem tego przemysłu jest ,,kontrolowanie umysłu społeczeństwa'', jak określali to jego liderzy. Nauczyli się oni wiele dzięki triumfom Komisji Creela, skutecznemu wywołaniu widma Czerwonego Zagrożenia i jego konsekwencjom. Sektor ,,public relations'' uległ w owym okresie gigantycznej ekspansji. W latach dwudziestych przez jakiś czas udało się mu wywołać w społeczeństwie niemal całkowite posłuszeństwo wobec dominacji biznesu. Dominacja ta była tak doszczętna, że stała się obiektem dochodzeń komisji Kongresu w latach trzydziestych. Z nich właśnie pochodzi znaczna część naszych informacji.
,,Public relations'' to olbrzymi przemysł. Obecnie wydatki w nim sięgają około biliona dolarów rocznie. Przez cały czas chodzi tu o kontrolowanie umysłu społeczeństwa.

W latach trzydziestych, podobnie jak w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, wyłoniły się wielkie problemy. Doszło do wielkiego kryzysu, pojawiły się silne organizacje pracownicze. W istocie w 1935 roku robotnicy wygrali pierwszą poważną kampanię legislacyjną: Ustawa Wagnera przyznała im prawo do zrzeszania się. Powodowało to dwa poważne problemy. Po pierwsze, demokracja funkcjonowała wadliwie: zdezorientowane stado poczęło odnosić sukcesy prawodawcze, a tak przecież nie powinno być. Drugi problem polegał na tym, iż ludzie zyskiwali możliwość organizowania się. Ludność powinna wszelako być zatomizowana, wyalienowana i posegregowana. Nie powinna zakładać organizacji, ponieważ wówczas mogłaby przestać być widzem wydarzeń. Jeśli dostatecznie wielu ludzi o ograniczonych środkach może łączyć się w celu zaistnienia na arenie politycznej, mogliby stać się rzeczywistymi uczestnikami wydarzeń, a to byłoby naprawdę groźne.
Prywatny przemysł podjął szerokie starania, by zapewnić, iż będzie to ostatnie zwycięstwo legislacyjne dla pracowników i początek końca demokratycznego odchylenia w postaci prawa do tworzenia masowych organizacji. Zamiar się powiódł. Okazało się, że było to ostatnie zwycięstwo legislacyjne dla świata pracy. Od tej chwili - chociaż liczba członków związków zawodowych wzrosła na jakiś czas w trakcie Drugiej Wojny Światowej i zaczęła spadać dopiero później - skuteczność działań związków stale malała. Nie było to przypadkiem. Stało się tak dzięki społeczności biznesu, która włożyła mnóstwo pieniędzy, uwagi i pomyślunku, by poradzić sobie z tym problemem poprzez przemysł ,,public relations'', organizacje w rodzaju Okrągłego Stołu Narodowego Stowarzyszenia Producentów i Biznesmanów ( National Association of Manufacturers and Business Roundtable ) i tak dalej. Społeczność ta przystąpiła natychmiast do obmyślania sposobu zapobieżenia takim demokratycznym dewiacjom.

Chrzest bojowy nastąpił w rok później, w 1936 roku. W Johnstown w Dolinie Mohawk w zachodniej Pensylwanii doszło do wielkiego strajku Bethelem Steel. Kapitalizm wypróbował nową technikę niszczenia ruchu pracowniczego, która okazała się nadzwyczaj skuteczna. Nie chodziło tym razem o łamanie kolan i rzucanie do akcji band osiłków, bowiem metody te nie sprawdzały się ostatnio najlepiej. Dokonano tego subtelniejszymi i bardziej skutecznymi metodami propagandowymi. Postanowiono znaleźć sposób na zwrócenie społeczeństwa przeciwko strajkującym, na przedstawienie ich jako elementów niszczycielskich, szkodliwych dla ogółu i zagrażających dobru publicznemu. Dobro publiczne to to, co służy ,,nam'': biznesmanom, pracownikom, gospodyniom domowym. Wszyscy ci ludzie to ,,my''. Chcemy być razem i cieszyć się wartościami w rodzaju harmonii, amerykanizmu ( amerykańskiego stylu życia ) czy wspólnej pracy. Z drugiej strony mamy złych strajkujących, którzy sprawiają kłopoty, podważają nasze wysiłki, niszczą harmonię (1) i gwałcą amerykański styl życia. Musimy ich powstrzymać, by móc nadal żyć razem. Kierownicy przedsiębiorstw i ci, którzy zamiatają podłogi, mają te same interesy. Możemy wszyscy pracować wspólnie na rzecz amerykańskiego stylu życia w harmonii, darząc się wzajemną sympatią - tak w zasadzie prezentował się ów przekaz. Dołożono mnóstwa wysiłków, żeby go zaprezentować. Chodziło przecież o społeczność kapitalistów, kontrolującą środki masowego przekazu i dysponującą wielkimi zasobami. I istotnie, przyniosło to doskonałe rezultaty. Później nazwano nawet tę metodę ,,formułą Mohawk Valley'' i wielokrotnie wykorzystywano ją do łamania strajków. Określano ją jako ,,naukową metodę przerywania strajków''. Okazała się ona bardzo skuteczna w mobilizowaniu opini społecznej po stronie mdłych, pozbawionych treści pojęć w rodzaju ,,amerykańskiego stylu życia''. Któż mógłby występować przeciwko niemu ? Albo harmonii ? Kto mógłby się jej sprzeciwiać ? Lub, by użyć bardziej współczesnego pojęcia, kto mógłby być przeciwko ,,popieraniu naszych wojsk'' ? Kto miałby ochotę sprzeciwiać się noszeniu żółtych wstążeczek ? Nadają się do tego wszystkie hasła, o ile są całkowicie pozbawione treści. Zastanówmy się, co znaczyłoby, gdyby ktoś zadał wam pytanie: ,,czy popieracie mieszkańców Iowa'' ? Czy ktoś z was mógłby odpowiedzieć: ,,tak, popieram ich'' lub ,,nie, nie popieram ich''? To nie jest nawet pytanie. Nic nie znaczy, i o to chodzi. W sloganach ,,public relations'' w rodzaju ,,popierajcie nasze wojska'' liczy się właśnie to, że nic nie znaczą. Ich ważkość jest dokładnie taka, jak pytanie, czy popiera się obywateli Iowa. Oczywiście, kryje się w tym jednak sens. Prawdziwe pytanie brzmi: ,,czy popieracie naszą politykę ?'' Nie należy jednak dopuszczać, by ludzie zastanawiali się nad tak sformułowanym pytaniem. O to, i tylko o to chodzi w dobrej propagandzie. Jej celem jest stworzenie sloganu, przeciwko któremu nikt nie może się opowiedzieć i po którego stronie staną wszyscy, ponieważ nikt nie wie, co on właściwie oznacza. W istocie nie znaczy nic, lecz jego zasadnicza wartość polega na tym, iż odwraca on uwagę od pytania, rzeczywiście mającego sens: ,,czy popierasz naszą politykę ?'' O tej jednak kwestii nie wolno mówić.

Niech więc ludzie dyskutują o poparciu dla wojska. Oczywiście nie mogę ich nie popierać. Samo to stwierdzenie oznacza zwycięstwo propagandy ! Podobnie jest z amerykańskim stylem życia i harmonią. Jesteśmy wszyscy razem, łączmy się, my puste slogany, by zapewnić, że nie pojawią się dookoła źli ludzie, zakłócający naszą harmonię gadaniem o walce klasowej, prawach i tym podobnych kwestiach.
Jest to bardzo skuteczne podejście. Stosuje się je po dziś dzień. Oczywiście, zostało ono starannie przemyślane. Pracownicy przemysłu ,,public relations'' nie działają w nim dla zabawy. Jest to ich zawód. Starają się oni wpajać właściwe wartości. W istocie mają nawet koncepcję, jak powinna wyglądać demokracja: winien być to system, w którym szkoli się klasę wyspecjalizowaną, by służyła panom - tym, którzy są właścicielami społeczeństwa. Resztę społeczeństwa należy zaś pozbawić jakichkolwiek form organizacji, bowiem organizowanie się przyczynia tylko kłopotów. Ludzie powinni wysiadywać w odosobnieniu przed telewizorami i pozwalać na wbijanie im do głów przekazu, brzmiącego: jedynym celem w życiu jest posiadanie większej ilości dóbr, trzeba żyć tak jak właśnie pokazywana amerykańska rodzina z klasy średniej, lub: trzeba wyznawać tak sympatyczne wartości jak harmonia czy amerykański styl życia. Nic innego w życiu się nie liczy. Może przychodzić ci do głowy, iż w życiu powinno chodzić o coś jeszcze, ale ponieważ oglądasz telewizję w samotności, indywidualnie, musisz dojść do wniosku: ,,oszalałem, bo przecież nie pokazują nic innego''.
Ponieważ zaś nie zezwolono na organizowanie się - jest to absolutnie nieodzowne - nigdy nie zdołasz dowiedzieć się, czy rzeczywiście oszalałeś. Tak jednak musisz podejrzewać, bowiem jest to naturalne w twojej sytuacji.

Tak wygląda stan idealny. W celu osiągnięcia tego ideału podejmuje się gigantyczne wysiłki. Oczywiście, kryje się za nimi określona koncepcja - pojęcie demokracji, które omówiłem wcześniej.
Zdezorientowane stado może stwarzać problemy, dlatego musimy zadbać, by nie wpadło w szał i nie zaczęło tratować. Powinno oglądać puchary piłkarskie, seriale komediowe lub pełne przemocy filmy. Co jakiś czas należy pobudzić je do wykrzykiwania pozbawionych znaczenia sloganów w rodzaju ,,popierajcie nasze wojska''. Należy utrzymywać je w znacznym lęku, bo jeśli nie będzie należycie się bać najrozmaitszych diabłów, mogących zniszczyć je od środka, z zewnątrz czy skądkolwiek, mogłoby zacząć myśleć, co byłoby bardzo niebezpieczne, stado nie ma bowiem kwalifikacji do myślenia. Dlatego też należy odwracać jego uwagę i spychać je na margines.
Jest to jedna z koncepcji demokracji. Wracając do społeczności kapitalistycznej: istotnie, Ustawa Wagnera z 1935 roku stanowiła ostatnie prawne zwycięstwo świata pracy. Po wybuchu kolejnej wojny nastąpił schyłek związków zawodowych, podobnie jak kultury najbogatszego odłamu klasy robotniczej, najściślej powiązanego ze związkami. Wszystko to należy do przeszłości – staliśmy się społeczeństwem zarządzanym w zdumiewająco dużym stopniu przez przedstawicieli świata biznesu. Jest to jedyne zindustrializowane społeczeństwo państwowego kapitalizmu, pozbawione normalnej umowy społecznej, jaką znajdujemy w porównywalnych społeczeństwach. Jak mniemam, poza Południową Afryką jest to jedyne społeczeństwo industrialne, pozbawione państwowej opieki zdrowotnej. Nie ma powszechnej zgody na utrzymanie chociażby minimalnych standardów, zapewniających przeżycie tym odłamom społeczeństwa, które nie potrafią podporządkować się jego regułom i na własną rękę pozyskiwać dobra. Związki zawodowe praktycznie nie istnieją. Tak samo jest z innymi formami ruchów masowych. Nie istnieją partie ani organizacje polityczne. Zawędrowaliśmy daleko na drodze ku ideałowi, przynajmniej pod względem strukturalnym.
Media stanowią korporacyjny monopol i wszystkie prezentują ten sam punkt widzenia. Dwie główne partie stanowią jedynie frakcje partii ( klasy ) kapitalistów. Większość ludzi nie zawraca sobie nawet głowy głosowaniem, ponieważ wydaje się to bezcelowe. Społeczeństwo zostało zmarginalizowane, a jego uwagę rozprasza się w należyty sposób. Taki przynajmniej jest cel działania.

Wiodąca postać przemysłu ,,public relations'', Edward Bernays, w istocie wywodzi się z Komisji Creela. Był jej członkiem, przyswoił sobie jej nauki i kontynuował działalność, określaną przez niego jako ,,fabrykowanie przyzwolenia'' i uważaną za ,,esencję demokracji''. Ci, którzy są w stanie produkować przyzwolenie, mają po temu zasoby i siłę - czyli przedstawiciele świata biznesu - to właśnie ci, na których pracujecie.
Manipulowanie opinią
Konieczne jest również zapędzanie ludności, by wyrażała poparcie dla międzynarodowych awantur. Społeczeństwo zwykle jest nastawione pacyfistycznie, tak jak było w trakcie Pierwszej Wojny Światowej. Nie widzi powodu, by angażować się w zagraniczne awantury, zabijanie i torturowanie. Trzeba je więc do tego zagnać. Ażeby tak się stało, należy je przestraszyć. Sam Bernays odniósł znaczny sukces w tym względzie. On właśnie kierował kampanią propagandową dla United Fruit Company w 1954 roku, gdy Stany Zjednoczone zdołały obalić kapitalistyczno-demokratyczny rząd Gwatemali i zainstalowały w jego miejsce aparat terroru szwadronów śmierci, utrzymujący się po dziś dzień u władzy dzięki stałym zastrzykom amerykańskiej pomocy i zapobiegający zaistnieniu tam jakichkolwiek demokratycznych odchyleń. Konieczne jest również nieustanne wbijanie ludziom do gardeł programów polityki wewnętrznej, którym społeczeństwo się sprzeciwia, bowiem nie ma żadnej przyczyny, by popierało szkodzące mu pomysły. To również wymaga intensywnej propagandy. Byliśmy świadkami, że działo się tak wielokrotnie w ciągu ubiegłych dziesięciu lat. Programy Reagana były przytłaczająco niepopularne. Nawet około dwóch trzecich tych, którzy głosowali na Reagana, miało nadzieję, że jego koncepcje polityczne nie zostaną zrealizowane. Jeżeli przyjrzeć się poszczególnym programom, na przykład zbrojeniom, obcięciu wydatków na cele socjalne itp., niemal każdemu sprzeciwiała się zdecydowana część społeczeństwa. Dopóki jednak zwykli obywatele są zepchnięci na margines, nie mają szans organizować się ani wyrażać swoich przekonań - ci, którzy twierdzą, iż przedkładają wydatki socjalne nad zbrojeniowe, i którzy tak odpowiadali w sondażach ( co czyniła przytłaczająca większość ), zakładali, że jedynie im przychodzą do głowy tak szalone pomysły. Nie mieli szans usłyszeć, że inni myślą to samo. Nie dopuszczano, by mogli sobie to uświadomić. Dlatego też, nawet jeśli człowiek tak myślał i potwierdzał to w sondażu, zakładał, że jest jakimś dziwakiem. Ponieważ nie ma szans nawiązania kontaktu z innymi ludźmi, podzielającymi i popierającymi takie poglądy oraz pomagającymi je wyartykułować, nie ma sposobu, by nie czuć się kimś odbiegającym od normy, zwichrowanym. W tej sytuacji można jedynie pozostać na uboczu i nie zwracać uwagi na to, co się dzieje. Można oglądać w zamian coś innego, na przykład puchary futbolowe.

Stan idealny udało się osiągnąć do pewnego stopnia - jednak nie do końca. Istnieją instytucje, których nie udało się zniszczyć - na przykład wciąż działają kościoły. Znaczna część aktywności dysydentów w USA ma miejsce właśnie w kościołach z tego prostego powodu, że zdołały się ostać. Kiedy wyjedzie się do jakiegoś europejskiego kraju, by wygłosić przemowę, jest bardzo prawdopodobne, że stanie się to w hali związku zawodowego. W Stanach jest to niemożliwe, ponieważ po pierwsze związki ledwie egzystują, a jeśli już, nie są organizacjami politycznymi. Kościoły się jednak utrzymały, dlatego też przemówienia są często wygłaszane właśnie w nich. Tydzień solidarności z Ameryką Środkową odbył się głównie z inicjatywy kościołów - dlatego, że istnieją.
Zdezorientowanego stada nigdy nie udaje się do końca poskromić, dlatego też trzeba toczyć z nim ciągłą walkę. W latach trzydziestych buntowało się, ale udało się je pokonać. W latach sześćdziesiątych nastąpiła kolejna faza dysydencji. Klasa wyspecjalizowana wymyśliła na to określenie: ,,kryzys demokracji''. Uznano, że demokracja w latach sześćdziesiątych weszła w fazę kryzysu. Polegał on na tym, iż znaczne odłamy społeczeństwa zaczęły się organizować, przejawiać aktywność i starać się wejść na arenę polityczną.
W tym miejscu musimy odwołać się do dwóch wspomnianych koncepcji demokracji. Według słownikowej definicji, oznacza to postęp demokracji. Przeważyła jednak opinia, że jest to problem, kryzys, któremu należy zaradzić. Społeczeństwo należało wpędzić z powrotem w stan apatii, posłuszeństwa i bierności, który jest dla niego właściwy i należny. Trzeba było coś zrobić, by zażegnać ten kryzys, jednak starania te okazały się nieskuteczne. Na szczęście kryzys demokracji żyje i ma się dobrze, chociaż nie jest w stanie skutecznie wpływać na politykę. Może jednak wpływać na opinie, wbrew temu, co sądzi wielu ludzi. Po końcu lat sześćdziesiątych zrobiono wiele, by odwrócić przebieg tego schorzenia lub je pokonać. Jeden z jego aspektów uzyskał nawet techniczne określenie: ,,syndrom wietnamski''. Termin ten zaczął się pojawiać około roku 1970 i bywał okazjonalnie definiowany. Reaganowski intelektualista Norman Podhoretz określił go jako ,,chorobliwy opór przed zastosowaniem siły zbrojnej''. Owe chorobliwe zahamowania przed stosowaniem przemocy to nastawienie znacznej części społeczeństwa. Ludzie po prostu nie byli w stanie zrozumieć, po co trzeba mordować i torturować mieszkańców innych krajów czy przeprowadzać naloty dywanowe. Poddanie się społeczeństwa takim chorobliwym zahamowaniom jest bardzo niebezpieczne, co dobrze zrozumiał Goebbels - stanowi to bowiem czynnik ograniczający przy wdawaniu się w międzynarodowe awantury. Konieczne jest, jak to określił niedawno z niejaką dumą Washington Post, ,,wpojenie obywatelom respektu dla cnót wojskowych''. Jest to ważne stwierdzenie. Jeśli chce się mieć akceptujące przemoc społeczeństwo, stosujące siłę na skalę światową, by zrealizować cele wewnętrznej elity, konieczne jest wpojenie właściwego szacunku dla cnót militarnych, a nie chorobliwych zahamowań przed używaniem przemocy. Na tym właśnie polega syndrom wietnamski i wiadomo, że trzeba się z nim uporać.

Opis zamiast rzeczywistości

Konieczna jest również całkowita falsyfikacja historii. Kolejny sposób na pokonanie owych chorobliwych oporów, to przedstawienie faktu, iż kogoś napadamy by go zniszczyć, jako bronienie się przed groźnymi agresorami, potworami itd. Po wojnie w Wietnamie dołożono niezmiernych wysiłków, by przerobić jej historię. Zbyt wiele osób zaczęło zdawać sobie sprawę, co się naprawdę dzieje - włącznie z wieloma żołnierzami i młodymi ludźmi, bioracymi udział w ruchu pokoju i innych. Było to niepożądane, należało więc uporać się z tymi nieprawomyślnymi ideami i przywrócić względną normalność - to znaczy doprowadzić do uznania, że to, co robiliśmy, było słuszne i szlachetne. Skoro bombardowaliśmy Wietnam Południowy, czyniliśmy to dlatego, że broniliśmy go przed kimś - czyli przed Południowymi Wietnamczykami, ponieważ nikogo innego tam nie było. Skupieni wokół Kennedy'ego intelektualiści ochrzcili to ,,obroną przed wewnętrzną agresją w Wietnamie Południowym''. Sformułowania tego użył również Adlai Stevenson. Trzeba było zadbać, by stało się ono oficjalnym i dobrze rozumianym obrazem rzeczywistości i starania te okazały się skuteczne. Gdy dysponuje się absolutną kontrolą nad mediami i systemem szkolnictwa, a świat nauki jest konformistyczny, można z powodzeniem lansować taki przekaz. Jedną ze wskazówek powodzenia tych działań stanowi wynik badań, przeprowadzonych przez Uniwersytet Massachusetts, dotyczących postaw społecznych, wobec obecnego kryzysu w Zatoce – postaw i poglądów, będących rezultatem oglądania telewizji. Jedno ze stawianych pytań brzmiało: ,,Ilu - w Twojej ocenie - zginęło Wietnamczyków w czasie wojny Wietnamskiej ?'' Współcześni Amerykanie szacowali przeciętnie, iż było to 100.000 ludzi. Oficjalna liczba wynosi dwa miliony. Rzeczywista – prawdopodobnie trzy do czterech milionów. Prowadzący te badania autorzy sformułowali słuszne pytanie: co pomyślelibyśmy o niemieckiej kulturze politycznej, gdyby obywatele tego kraju, pytani obecnie o ilość ofiar Holokaustu, odpowiadali, że było ich około trzystu tysięcy ? Co mogłoby nam to powiedzieć o niemieckiej kulturze politycznej ? Autorzy nie rozwinęli tego wniosku, można się jednak o to pokusić. Co nam to mówi o naszej kulturze ? Wcale sporo. Przełamywanie chorobliwych oporów przed stosowaniem siły militarnej i innych demokratycznych odchyleń jest konieczne. W tym konkretnym przypadku się to udało. Powiodło się również w każdym innym wypadku. Można wybrać dowolny problem: Środkowy Wschód, międzynarodowy terroryzm, Ameryka Środkowa, cokolwiek - prezentowany społeczeństwu obraz świata wykazuje najodleglejsze z możliwych podobieństwo do rzeczywistości. Prawda jest pogrzebana pod wielopiętrowymi konstrukcjami kłamstw. Z tego punktu widzenia był to oszołamiający sukces w zapobieganiu zagrożeniu demokracją. Osiągnięto go w warunkach wolności, co jest tym bardziej zdumiewające. Nie żyjemy w kraju totalitarnym, w którym można by to łatwo osiągnąć siłą. Sukcesu tego dopięto w warunkach wolności. Jeżeli chcemy zrozumieć nasze społeczeństwo, musimy zastanowić się nad tymi faktami. Są one wyjątkowo ważne dla każdego, kogo obchodzi, w jakim społeczeństwie żyje.

Kultura dysydencji

Mimo wszystkich opisanych zjawisk, kultura dysydencji przetrwała i znacznie się rozrosła od lat sześćdziesiątych. W owym okresie przede wszystkim kultura ta rozwijała się bardzo powoli. Protesty przeciwko wojnie w indochinach rozpoczęły się dopiero w kilka lat po rozpoczęciu przez Stany Zjednoczone bombardowań w Południowym Wietnamie. Kiedy ruch dysydencki powstał, był zrazu bardzo wąski i obejmował głównie studentów i młodzierz. Jeszcze nim nastały lata siedemdziesiąte, ten stan rzeczy uległ znacznym zmianom. W latach osiemdziesiątych nastąpił jeszcze większy rozkwit ruchów solidarnościowych, co stanowi nowe i ważne zjawisko w historii przynajmniej amerykańskiej, o ile nie światowej dysydencji. Były to ruchy nie tylko protestujące, lecz często angażujące się, czasem nawet blisko, w życie cierpiących ludzi poza granicami kraju. Wyciągnęły one stąd wiele nauk i wywarły znaczny cywilizacyjny wpływ na Amerykę ,,głównego nurtu'' ( mainstream ). Wszystko to przyniosło bardzo duże zmiany. Każdy, kto był zaangażowany w tego rodzaju działalność, musi zdawać sobie z tego sprawę. Orientuję się, że przemówienia, jakie wygłaszam obecnie w najbardziej reakcyjnych częściach kraju - środkowej Georgii, wschodnim Kentucky itp. - byłyby nie do pomyślenia nawet w okresie największego rozkwitu ruchu pokojowego, nawet przed najbardziej aktywnymi uczestnikami tego ruchu. Obecnie można wygłaszać je wszędzie. Ludzie zgadzają się z nim lub nie, lecz przynajmniej wiedzą, o co chodzi, wobec czego istnieje pewna wspólna płaszczyzna porozumienia.

Wszystko to stanowi oznaki wspomnianego cywilizującego wpływu, wbrew propagandzie, wbrew wszelkim wysiłkom w celu kontrolowania myśli i fabrykowania przyzwolenia. Mimo wszystko ludzie nabierają zdolności i chęci myślenia na własną rękę. Wzrósł sceptycyzm wobec władzy, zmieniło się nastawienie wobec bardzo wielu kwestii. Proces ten jest powolny, niemal jak cofanie się lodowca, lecz dostrzegalny i istotny. Inna rzecz, czy dokonuje się dostatecznie szybko, by wpłynąć znacząco na to, co dzieje się na świecie. Wystarczy jeden znajomy przykład: osławiona bariera między płciami. W latach sześćdziesiątych postawa wobec takich kwestii jak ,,cnoty militarne'' czy chorobliwe opory przed użyciem siły zbrojnej były mniej więcej takie same wśród kobiet i mężczyzn. Nikt, ani mężczyźni, ani kobiety, nie doznawali owych chorobliwych zahamowań na początku lat sześćdziesiątych. Ich reakcje były identyczne. Wszyscy uważali, że stosowanie przemocy w celu stłumienia oporu innych narodów było słuszne. W ciągu kolejnych lat sytuacja ta uległa zmianie. Chorobliwe zahamowania stały się coraz powszechniejsze wśród wszystkich grup społeczeństwa. Ujawniła się jednak coraz większa, obecnie bardzo istotna rozbieżność między mężczyznami i kobietami. Według ankiet, sięga ona 25%. Co się stało ? Otóż to, iż powstał przynajmniej na poły zorganizowany ruch masowy, zrzeszający kobiety - ruch feministyczny. Zorganizowanie się przyniosło skutki. Organizacja oznacza odkrycie, że nie jest się samym, że inni podzielają twoje poglądy. Pozwala to na umocnienie się w swoich przekonaniach, na uściślenie swoich poglądów i myśli.

Ruchy te mają bardzo nieformalny charakter, nie są organizacjami członkowskimi, kreują jednak atmosferę, wpływającą na interakcje międzyludzkie. Wywarło to bardzo wyraźny efekt. Na tym polega niebezpieczeństwo demokracji: jeżeli pozwoli się na powstawanie organizacji, jeżeli ludzie nie tkwią już przez cały czas przyklejeni do telewizorów, to mogą im zakiełkować w głowach najrozmaitsze dziwaczne pomysły, na przykład chorobliwe opory przed stosowaniem siły zbrojnej. Trzeba z tym walczyć - jednak jeszcze się to nie udało.

Parada wrogów

Zamiast mówienia o poprzedniej wojnie, chciałbym zająć się następną - czasem bowiem przydaje się być przygotowanym, a nie tylko reagować. W USA dokonuje się obecnie bardzo charakterystyczny proces. Nie jest to pierwszy kraj, w którym miał on miejsce. Narastają wewnętrzne problemy - może wręcz katastrofy - społeczne i ekonomiczne. Nikt u władzy nie wykazuje najmniejszej ochoty, by im jakkolwiek przeciwdziałać. Jeżeli przyjrzeć się programom wewnętrznym administracji z okresu ostatniego dziesięciolecia - włączam tu opozycję demokratyczną - brak było poważnych propozycji rozwiązania całego bagażu problemów: zdrowia, edukacji, bezdomności, bezrobocia, przestępczości, gwałtownego rozrastania się kryminogennych populacji, upadku centrów miejskich i więziennictwa. Wszystkim wiadomo o tych problemach, jednak stają się one coraz poważniejsze. Tylko w ciągu dwóch lat pełnienia urzędu przez George'a Busha kolejne trzy miliony dzieci znalazło się poniżej granicy nędzy, zadłużenie niebotycznie rośnie, spadają standardy edukacji, płace realne większości społeczeństwa sięgnęły mniej więcej poziomu końca lat pięćdziesiątych - i nikt nic z tym nie robi.

W tych okolicznościach konieczne jest odwrócenie uwagi zdezorientowanego stada: jeśli zorientuje się, co się dzieje, może mu się to nie spodobać, skoro przede wszystkim jego to dotyczy. Pokazywanie pucharów futbolowych i komedii sytuacyjnych może okazać się niewystarczające, trzeba więc wywołać w nich strach przed wrogami. W latach trzydziestych Hitler wzbudził w społeczeństwie lęk przed Żydami i Cyganami. Trzeba było ich zmiażdżyć, by się obronić. My również mamy podobne sposoby. W ciągu ostatniego dziesięciolecia co rok czy dwa kreuje się jakieś wielkie monstrum, przed którym musimy się bronić. Dawniej mieliśmy na podorędziu potworów, z których stale mogliśmy korzystać: Rosjan. Zawsze można było odwołać się do konieczności obrony przed Rosjanami. Ponieważ tracą oni atrakcyjność jako przeciwnik, i coraz trudniej wykorzystywać ich w tej roli, należało wynaleźć jakichś nowych wrogów. W istocie ludzie niesprawiedliwie krytykowali George'a Busha, iż nie jest zdolny wyrazić ani wyartykułować tego, co nami kieruje. Jest to niesprawiedliwa ocena. Przed mniej więcej połową lat osiemdziesiątych nawet podczas snu można było odtwarzać płytę: ,,Rosjanie nadchodzą !'' Ponieważ jednak płyta się zdarła, Bush musiał wynaleźć nową, podobnie jak uczynił aparat reaganowski w latach osiemdziesiątych. Przyszła więc kolej na międzynarodowy terroryzm, opętanych Arabów i nowego Hitlera Saddama Husseina. Wszyscy oni oczywiście chcieli zawojować świat. Pojawiali się jedni po drugich, bo tak być musiało, by przestraszyć i sterroryzować społeczeństwo, by ludzie bali się podróżować i kryli się z trwogi jak zające pod miedzą. Wówczas odnosiło się wspaniałe zwycięstwo nad Grenadą, Panamą lub inną bezbronną armią kraiku z Trzeciego Świata, którą można było roznieść na strzępy, nawet jej się dokładnie nie przyglądając. Dokonywano tego, i przynosiło to ulgę. Uratowaliśmy się w ostatniej chwili. Jest to jeden ze sposobów uniemożliwiania zdezorientowanemu stadu zrozumienia, co się naprawdę wokół niego i z nim dzieje, kontrolowania go i odwracania jego uwagi.
Nastepnym naszym przeciwnikiem będzie najprawdopodobniej Kuba. Będzie to wymagało kontynuowania nielegalnej wojny ekonomicznej, zapewne również przedłużania niespotykanej kampanii międzynarodowego terroryzmu. Najjaskrawszym przejawem tej ostatniej była podjęta za czasów administracji Kennedy'ego Operacja Gęś Księżycowa ( Moongoose ) oraz dalsze wymierzone przeciwko Kubie działania. Nic nie daje się nawet odlegle z nią porównać, może z wyjątkiem wojny przeciwko Nikaragui, o ile można nazwać ją terroryzmem - Trybunał Międzynarodowy zakwalifikował ją raczej jako agresję. Stale dochodzi do ideologicznej ofensywy, podczas której kreuje się jakieś chimeryczne monstrum, a następnie rozpoczyna się kampanie jego zniszczenia. (1) Oczywiście, nie można jej podejmować, jeśli groziłoby to rzeczywiście groźnym oporem. Byłoby to zbyt ryzykowne. Jeżeli jednak z góry się wie, że wroga można zgnieść na miazgę, można do tego przystąpić, a później odetchnąć z ulgą.

Nową kampanie planuje się od dość dawna. W maju 1986 roku ukazały się pamiętniki wypuszczonego z kubańskiego więzienia Armando Valladeresa. Środki masowego przekazu natychmiast potraktowały je jako sensację. Pozwolę sobie przytoczyć parę przykładów. Relację Valladeresa media obwołały ,,ostatecznym opisem olbrzymiego systemu tortur i więzień, przy użyciu którego Castro karze i niszczy polityczną opozycję. Inspirująca i niezapomniana opowieść o bestialskich więzieniach, nieludzkich torturach'', ,,zapis przemocy w państwie, rządzonym przez kolejnego z ludobójców naszego stulecia, który - jak dowiadujemy się wreszcie z tej książki - stworzył nowy despotyzm, który zinstytucjonalizował tortury jako mechanizm społecznej kontroli w piekle - czyli Kubie czasów Valladeresa''. Tak pisały w przedrukowywanych recenzjach z Washington Post i New York Times. Castro został scharakteryzowany jako: ,,dyktatorski zbir. Jego okrucieństwa zostały opisane w tej książce tak wyczerpująco, że jedynie najbardziej lekkomyślny i mający najzimniejszą krew zachodni intelektualista mógłby stanąć w obronie tego tyrana'' - Washington Post. Pamiętajmy, że jest to relacja tego, co przydarzyło się jednemu człowiekowi. Zgódźmy się, że zawiera wyłącznie prawdę. Nie kwestionujmy, co działo się z człowiekiem, który, jak twierdzi, był torturowany. Podczas ceremonii w Białym Domu z okazji Dnia Praw Człowieka Ronald Reagan wyróżnił go za dzielność w znoszeniu potworności i sadyzmu krwawego kubańskiego tyrana.
Valladaresa mianowano następnie reprezentantem USA przy Komisji Praw Człowieka ONZ, gdzie pełnił dla Stanów służbę sygnałową: bronił rządów Salwadoru i Gwatemali przed oskarżeniami o zbrodnie tak straszliwe, że wszystko, co przeszedł on sam, wydaje się drobiazgiem.
Tak właśnie toczy się ten świat.

Selektywność percepcji

Było to w maju 1986 roku. Ciekawe zdarzenie, mówiące wiele o fabrykowaniu przyzwolenia. W tym samym miesiącu pozostali przy życiu członkowie Grupy Praw Człowieka z Salwadoru ( przywódcy zostali wymordowani już wcześniej ) zostali aresztowani i poddani torturom. Wsród aresztowanych był ich lider, Hector Anaya. Wtrącono ich do więzienia La Esperanza ( Nadzieja ). Podczas pobytu w więzieniu kontynuowali oni pracę na rzecz praw człowieka. Jako prawnicy, w dalszym ciągu zbierali zeznania. W więzieniu było 432 więźniów. Członkowie grupy uzyskali od 430 z nich zaprzysiężone relacje o torturach, którym ich poddawano: stosowaniu prądu elektrycznego i innych okrucieństwach. W jednym przypadku tortury prowadził szczegółowo scharakteryzowany, umundurowany major armii USA. Jest to niezwykle obrazowe i dokładne świadectwo, zapewne wyjątkowe jeśli chodzi o szczegółowość opisu tego, co działo się w celach tortur.
Stusześćdziesięciostronicowy raport o przeżyciach więźniów przemycono na zewnątrz, razem z taśmą wideo, na której utrwalono zeznania ludzi, dotyczące tortur, jakim byli poddawani w więzieniu. Raport był później rozpowszechniany przez Ekumeniczną Grupę Roboczą Marin County. Prasa ogólnonarodowa odmówiła zajęcia się nim. Stacje telewizyjne nie chciały pokazywać taśmy. Ukazał się artykuł w lokalnej gazecie Marin County, San Francisco Examiner, i to chyba wszystko. Nikt inny nie chciał tknąć się tych materiałów. Był to czas, gdy niejeden z ,,lekkomyślnych i mających najzimniejszą krew zachodnich intelektualistów'' piał peany na cześć Jose Napoleona Duarte i Ronalda Reagana. Anayi nie oddano żadnych hołdów. Nie zaproszono go na ceremonię z okazji Dnia Praw Człowieka. Nie dostał żadnej nominacji. Został uwolniony przy wymianie więźniów, a następnie zamordowany, prawdopodobnie przez popierane przez USA służby bezpieczeństwa. Ukazało się na ten temat bardzo niewiele informacji. Media nigdy nie postawiły pytania, czy ujawnienie okrucieństw w Salwadorze, miast przemilczenia ich i zatajania ich istnienia, nie ocaliłoby mu życia.

Mówi to co nieco o sposobie działania dobrze funkcjonującego mechanizmu fabrykowania przyzwolenia. W porównaniu z relacją Herberta Anayi z Sawadoru, pamiętniki Valladaresa wydają się tak mizerne, jak mysz wobec słonia. Trzeba było jednak wykonać określone działanie, przybliżające nas ku kolejnej wojnie. Spodziewam się, że będziemy słyszeli o nich jeszcze więcej, aż nastąpi kolejna operacja. (1)

Teraz kilka uwag o ostatniej wojnie - wreszcie się nią zajmijmy. Zacznę od badań Uniwersytetu Massachusetts, o których wspomniałem wcześniej. Zawierały one kilka ciekawych wniosków. W badaniu pytano, czy zdaniem ankietowanych Stany Zjednoczone winny interweniować zbrojnie w przypadku nielegalnej okupacji lub poważnego naruszenia praw człowieka. Gdyby USA kierowały się tym stanowiskiem, winniśmy zbombardować Salwador, Gwatemalę, Indonezję, Damaszek, Tel Awiw, Kapsztad, Turcję, Waszyngton oraz cały rząd innych państw i miast. Wszędzie tam dopuszczono się nielegalnej okupacji, agresji lub rażącego pogwałcenia praw człowieka. Jeżeli znacie fakty, związane z podanymi wyżej przykładami - na których powtarzanie nie mamy czasu - zdajecie sobie doskonale sprawę, że agresja Saddama Husseina i jego okrucieństwa nie wyróżniają się niczym szczególnym. Nie są nawet najdrastyczniejsze. Dlaczego nikt nie przedstawił takiego wniosku? Przyczyna jest prosta: nikt o tym nie wie. W dobrze funkcjonującym systemie propagandowym nikt nie powinien wiedzieć, o czym mówiłem, kiedy wspominałem o powyższych przykładach. Jeżeli zadacie sobie trud sprawdzenia, zobaczycie, że przykłady te są jak najbardziej odpowiednie. Przypomnijcie sobie jeden z nich złowieszczo zbliżony w czasie do okresu, którym się zajmujemy. W lutym, w trakcie w pełni rozwiniętej kampanii bombardowań, rząd Libanu zażądał od Izraela przestrzegania Rezolucji 425 Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której wezwano Izrael do natychmiastowego i bezwarunkowego wycofania wojsk z Libanu. Rezolucja ta pochodzi z marca 1978 roku. Nastąpiły po niej dwie kolejne, w których powtórzono wezwania do natychmiastowego i bezwarunkowego wycofania się Izraela z Libanu. Izrael się im oczywiście nie podporządkował, ponieważ Stany Zjednoczone wspierają jego okupację ! Południowy Liban nadal objęty jest terrorem. W wielkich celach tortur dzieją się tam przerażające rzeczy. Region ten wykorzystuje się jako bazę do ataków na pozostałą część Libanu. W ciągu trzynastu lat od inwazji na Liban, zbombardowano Bejrut, zginęło około 20 tysięcy ludzi ( w 80% cywilów ), szpitale uległy zniszczeniu, następowały kolejne akty terroru i rabunku. Wszystko w porządku, bo popiera to USA ! To tylko jeden z przykładów. W środkach masowego przekazu nie widzi się żadnych materiałów na ten temat, nie słyszy się dyskusji, czy Izrael i USA powinny przestrzegać Rezolucji 425 Rady Bezpieczeństwa ONZ i innych. Nikt też nie wzywał do zbombardowania Tel Awiwu, chociaż według przekonań dwóch trzecich społeczeństwa, powinniśmy to zrobić. Przecież doszło do nielegalnej okupacji i rażącego pogwałcenia praw człowieka ! To tylko jeden przypadek. Są o wiele gorsze. Indonezyjska inwazja na Timor Wschodni pociągnęła za sobą około 200 tysięcy ofiar. Wszystkie pozostałe przykłady bledną w porównaniu z Timorem. Indonezja cieszy się jednak solidnym poparciem USA i w dalszym ciągu otrzymuje pomoc dyplomatyczną i militarną ze strony Ameryki. Kolejne przykłady można by mnożyć.

Wojna w Zatoce

Dowodzi to, w jaki sposób działa skuteczny system propagandowy. Ludzie wierzą, że używamy siły przeciwko Irakowi i Kuwejtowi, ponieważ naprawdę przestrzegamy zasady odpowiadania siłą na nielegalną okupację i naruszanie praw człowieka. Nie zdają sobie sprawy, co oznaczałoby zastosowanie tej zasady wobec postępowania samych Stanów Zjednoczonych. Jest to nader spektakularny sukces propagandy.
Zajmijmy się bliżej kolejną sprawą. Jeżeli przyjrzeć się bliżej traktowaniu wojny w mediach od sierpnia, można zauważyć uderzający brak kilku głosów. Istnieje przecież na przykład dzielna i nader istotna iracka opozycja demokratyczna. Oczywiście, działa ona na emigracji, ponieważ jej członkowie nie przeżyliby w kraju. Mieszkają oni przede wszystkim w Europie. Są to bankierzy, inżynierowie, architekci - ludzie tego pokroju, są wykształceni, potrafią się wypowiadać, i nie wahają się tego czynić.
W lutym zeszłego roku, gdy Saddam Hussein był nadal ulubionym partnerem handlowym i przyjacielem George'a Busha, przedstawiciele irackiej opozycji - jak wynika z ich źródeł - przybyli do Waszyngtonu z petycją o poparcie dla ich żądań zaprowadzenia w Iraku parlamentarnej demokracji. Spotkało ich totalne lekceważenie, ponieważ Stany Zjednoczone nie były tym zainteresowane. Nie nastąpiła jakakolwiek reakcja, którą mogłoby zaobserwować społeczeństwo.
Od sierpnia istnienie opozycji było nieco trudniej zignorować. W sierpniu nagle zwróciliśmy się przeciwko Saddamowi Husseinowi, po tym, jak przez wiele lat go faworyzowaliśmy. Pod ręką była iracka opozycja demokratyczna, która na pewno była w stanie przedstawić swe wnioski w tej sytuacji. Jej członkowie na pewno z zadowoleniem przyglądaliby się łamaniu na kole tortur i ćwiartowaniu Saddama Husseina, który wszak mordował ich braci, torturował siostry i wypędził ich samych z kraju. Walczyli przeciwko jego tyranii przez cały czas, gdy cieszył się gorącym poparciem Ronalda Reagana i George'a Busha. Co się stało z głosem opozycji ? Przyjrzyjcie się ogólnonarodowym mediom, by zorientować się, czy czegoś można było dowiedzieć się od sierpnia do marca o irackiej opozycji demokratycznej. Nie znajdziecie ani słowa. Nie dlatego, że nie była ona w stanie wyartykułować swoich żądań. Przedstawiła ona oświadczenia, propozycje, wezwania i żądania. Jeżeli bliżej w nie wnikniecie, stwierdzicie, że nie sposób odróżnić ich od postulatów amerykańskiego ruchu pokojowego. Opozycja była przeciwko Saddamowi Husseinowi i wojnie przeciwko Irakowi. Jej członkowie nie chcieli, by ich kraj został zniszczony. Pragnęli jedynie pokojowego rozwiązania i doskonale wiedzieli, że jest ono możliwe.
Nie usłyszeliśmy ani słowa o irackiej opozycji demokratycznej. Jeżeli chcecie się czegoś o niej dowiedzieć, sięgnijcie do prasy niemieckiej czy brytyjskiej. I tam nie znajdzie się wiele, prasa ta jest jednak poddana mniejszej kontroli niż nasza, dzięki czemu można się czegoś w ogóle dowiedzieć.

Jest to spektakularny sukces propagandy: po pierwsze to, iż zupełnie wyeliminowano głosy irackich demokratów, a po drugie, że nikt nie zwrócił na to uwagi.
To również jest ciekawe. Społeczeństwo musi być poddane głębokiej indoktrynacji, skoro nie zauważyło, że nie słyszy głosów irackiej opozycji demokratycznej, nie zadaje sobie pytania ,,dlaczego'' i nie znajduje najoczywistszej odpowiedzi: ponieważ iraccy demokraci myślą niezależnie. Ich postulaty są zgodne z wnioskami międzynarodowego ruchu pokoju i dlatego się je pomija.

Zajmijmy się pytaniem o przyczyny wojny. Podawano je i owszem. Jeden z powodów brzmiał: nie można nagradzać agresorów, a inwazję należy udaremnić szybkim użyciem siły. Taki oto powód wojny nam podano; praktycznie nie słychać było żadnego innego. Czy była to wystarczająca przyczyna, by wszcząć wojnę ? Czy USA przestrzega zasady, iż nie można nagradzać agresorów, a inwazję należy udaremnić szybkim użyciem siły ? Nie będę obrażać waszej inteligencji powtarzaniem faktów, jednak sytuacja ma się tak, iż oczytany nastolatek jest w stanie zbić takie argumenty w dwie minuty. Nikt ich jednak nigdy nie obalił. Przyjrzyjcie się mediom, liberalnym komentatorom i krytykom, ludziom, którzy zeznawali przed Kongresem - czy ktokolwiek zakwestionował założenie, że Stany Zjednoczone przestrzegają głoszonych przez siebie zasad ?
Czy USA stawiły opór samym sobie, gdy podjęły inwazję na Panamę, i chciały w odwecie zbombardować... Waszyngton ? Czy gdy okupacja Namibii przez Południową Afrykę została uznana za nielegalną w 1969 roku, USA nałożyły sankcje na żywność i leki ? Czy przystąpiły do wojny ? Nie, przez dwadzieścia lat prowadziły ,,cichą dyplomację''. Przez tych dwadzieścia lat działy się rzeczy bardzo niemiłe. Tylko w okresie administracji Reagana - Busha, wojska południowoafrykańskie zabiły około półtora miliona ludzi w sąsiednich krajach, nie wspominając o tym, co działo się w samej Południowej Afryce i Namibii.
Nie wiedzieć czemu, nie urażało to naszych wrażliwych dusz. Kontynuowaliśmy ,,cichą dyplomację'' i na koniec zaoferowaliśmy agresorom hojną nagrodę. Otrzymali oni wielki port w Namibii i zapewniono im mnóstwo przywilejów, biorąc pod uwagę przedstawiane przez nich względy bezpieczeństwa. Co działo się wtedy z zasadą, której ponoć przestrzegamy ? Dziecinnie łatwo wykazać, że nie mogły to być powody, dla których przystąpiliśmy do wojny, ponieważ wcale nie przestrzegaliśmy tych zasad. Nikt jednak tego nie zrobił - i to się liczy. Nikt też nie zadał sobie trudu przedstawienia wynikającej stąd konkluzji: nie podano nam żadnego powodu rozpoczęcia wojny. Żadnego. Nie podano nam jakiegokolwiek powodu, z którym oczytany nastolatek nie mógłby się rozprawić w mniej więcej dwie minuty!
Jest to kolejna oznaka kultury totalitarnej. Powinno nas przerażać, że można nas pchnąć do wojny bez żadnego powodu, i nikt się tym nie przejmuje ani tego nie dostrzega. To bardzo zdumiewający fakt.

W połowie stycznia, tuż przed rozpoczęciem bombardowań, ankieta Washington Post i ABC wykazała ciekawe zjawisko. Pytano ludzi: ,,Czy gdyby Irak zgodził się na wycofanie z Kuwejtu w zamian za rozważenie konfliktu arabsko-izraelskiego przez Radę Bezpieczeństwa, byłbyś za takim rozwiązaniem ?'' Około dwóch trzecich społeczeństwa odpowiedziało na to twierdząco; podobnie cały świat, włącznie z iracką opozycją demokratyczną. Niewykluczone, że ludzie, którzy opowiadali się za takim rozwiązaniem uważali, że myślą tak tylko oni na świecie. Na pewno nikt w prasie nie stwierdził, że byłaby to dobra idea. Rozkazy z Waszyngtonu zalecały, że mamy być przeciwko ,,kontaktom'', czyli dyplomacji, wobec czego wszyscy stanęli karnie w szeregu - przeciwko rozwiązaniom dyplomatycznym. Próbując natrafić na komentarze w prasie, można natrafić jedynie na felieton Alexa Cockburna w Los Angeles Times, który dowodził, że byłby to dobry pomysł. Ludzie, którzy opowiadali się za dyplomacją w sondażu, myśleli: ,,tak uważam, chociaż jestem w tym odosobniony''. Załóżmy, że wiedzieliby, iż nie są osamotnieni, że tak samo myślą inni ludzie, włącznie z iracką opozycją demokratyczną. Załóżmy, że wiedzieliby, że nie jest to hipotetyczna możliwość, że Irak w istocie złożył taką właśnie ofertę. Wysocy urzędnicy rządu USA ujawnili jej istnienie zaledwie osiem-dziesięć dni wcześniej. Drugiego stycznia przedstawili oni iracką propozycję całkowitego wycofania się z Kuwejtu w zamian za rozsądzenie przez Radę Bezpieczeństwa konfliktu arabsko-izraelskiego i problemu broni masowego zniszczenia. Stany Zjednoczone odmawiały negocjowania tej propozycji, aż przygotowania do inwazji na Kuwejt były daleko zaawansowane. Załóżmy, że ludzie wiedzieliby, że taka oferta została rzeczywiście złożona - w istocie poparcie jej to dokładnie to, co zrobiłby każdy rozsądny człowiek, gdyby był zainteresowany zachowaniem pokoju. Tak przecież nawet bywało, w tych rzadkich przypadkach, gdy rzeczywiście nie chcieliśmy dopuścić do agresji. Załóżmy, że by o tym wiedziano. Możecie formułować własne domysły, jak zakładam, że owe dwie trzecie zamieniłyby się prawdopodobnie w 98% społeczeństwa. Oto rzeczywiście wielkie sukcesy propagandy. Prawdopodobnie żadna z odpowiadających na tę ankietę osób nie wiedziała o faktach, o których wspomniałem. Ludzie myśleli, że są odosobnieni w swych poglądach, dlatego też można było bez sprzeciwów kontynuować zmierzającą do wojny politykę.

Dyskutowano szeroko, czy sankcje mogłyby okazać się skuteczne. Do wypowiedzenia się w tej kwestii był zmuszony nawet szef CIA. Nie dyskutowano jednak nad o wiele ważniejszym pytaniem: czy sankcje nie były przypadkiem skuteczne ? Zapewne prawdziwa odpowiedź brzmi: tak, najwidoczniej okazały się skuteczne - chyba przed końcem sierpnia, najprawdopodobniej przed końcem grudnia. Bardzo trudno wymyślić jakikolwiek inny powód irackiej oferty wycofania się z Kuwejtu, której istnienie potwierdzili, a paru przypadkach której treść ujawnili wysocy urzędnicy rządu USA. Określili ją oni jako poważną i dającą podstawę do negocjacji. Prawdziwe pytanie brzmi więc: czy sankcje okazały się skuteczne ? Czy istniał sposób uniknięcia wojny ? Czy było możliwe rozwikłanie konfliktu na warunkach do przyjęcia przez ogół społeczeństwa, cały świat i iracką opozycję demokratyczną ? Nie dyskutowano nad tymi pytaniami - a dla dobrze funkcjonującej propagandy kluczowo istotne jest, by dyskusja taka w ogóle nie miała miejsca. Pozwala to Przewodniczącemu Komitetu Partii Republikańskiej twierdzić – dziś rano – że gdyby prezydentem był Demokrata, Kuwejt nie zostałby dzisiaj oswobodzony. Może tak twierdzić , a żaden Demokrata nie wstanie i nie powie, że gdyby był prezydentem, Kuwejt stałby się wolny nie dzisiaj, ale już sześć miesięcy temu, ponieważ istniały możliwości dyplomatyczne, których by nie pominął, a Kuwejt zostałby oswobodzony bez śmierci dziesiątek tysięcy ludzi i spowodowania ekologicznej katastrofy. Żaden z demokratów tego nie powie, bo żaden z demokratów nie zajął takiego stanowiska. Zajęli je Henry Gonzales i Barbara Boxer. Lista osób, publicznie popierających takie stanowisko, jest jednak tak krótka, że równie dobrze mogłoby ich nie być w ogóle. Zważywszy na fakt, iż żaden demokrata nie powie głośno podobnych słów, Clayton Yeutter może bez przeszkód wygłaszać swoje stwierdzenia.

Gdy pociski Scud spadły na Izrael, nie pochwalił tego nikt w prasie. Ten fakt również przedstawia w ciekawym świetle dobrze funkcjonujący system propagandowy. Moglibyśmy zadać pytanie: dlaczego nikt tego nie pochwalił ? Przecież argumenty Saddama Husseina były równie prawdziwe, jak stwierdzenia George'a Busha. Przypomnijmy, jak brzmiały. Zastanówmy się choćby nad Libanem. Saddam Hussein twierdzi, że nie może przystać na jego aneksję. Nie może dopuścić, by Izrael zajmował syryjskie Wzgórza Golan i wschodnią Jerozolimę, lekceważąc jednogłośnie zdanie Rady Bezpieczeństwa. Saddam nie może przystać na aneksję. Nie może patrzeć bezczynnie na agresję. Izrael okupuje południe Libanu od trzynastu lat, gwałcąc rezolucję Rady Bezpieczeństwa. W ciągu tego okresu dopuścił się ataków na całe terytorium Libanu i wciąż bombarduje większość tego kraju. Hussein nie może się z tym pogodzić.Być może czytał raport Amnesty International, dotyczący okrucieństw izraelskich na Zachodnim Brzegu. Krwawi mu serce. Nie może na to przystać. Sankcje nie działają, ponieważ USA je blokuje. Negocjacje są nieskuteczne, bo blokują je Stany Zjednoczone. Co pozostaje, oprócz siły ? Hussein czekał latami. Trzynaście lat w przypadku Libanu, dwadzieścia - jeżeli chodzi o Zachodni Brzeg. Słyszeliście wcześniej podobne argumenty ?
Jedyna różnica między argumentami Husseina a tymi, które słyszeliście, polega na tym, iż Saddam Hussein może z pełnym uzasadnieniem stwierdzić, że sankcje i negocjacje okazały się nieskuteczne, bo blokowały je Stany Zjednoczone. George Bush nie może tego stwierdzić, ponieważ sankcje wobec Iraku najwidoczniej okazały się skuteczne i istniały wszelkie powody, by wierzyć w powodzenie negocjacji - tyle, że Bush konsekwentnie ich odmawiał. Twierdził przez cały czas wyraźnie, że negocjacji nie będzie.

Czy przypominacie sobie kogokolwiek, kto powiedziałby to jasno prasie ? Nie. To drobiazg. Coś, z czego również oczytany nastolatek może zdać sobie sprawę w minutę. Nikt jednak nie powiedział tego publicznie: żaden komentator ani autor artykułów wstępnych. To również jest oznaka bardzo skutecznie zarządzanej kultury totalitarnej. Dowód, że fabrykowane przyzwolenia sprawdza się w działaniu.

Ostatni komentarz na ten temat. Możemy podawac wiele przykładów, kolejne możecie dopowiedzieć sobie sami. Zajmijmy się koncepcją, że Saddam Hussein to potwór, który chce zawładnąć całym światem - wyznawaną szeroko w USA, zresztą nie bezzasadnie. Ludziom wbijano nieustannie do głowy: Saddam chce zawładnąć całym światem; musimy go powstrzymać. W jaki sposób stał się tak groźny ? Irak to mały kraj Trzeciego Świata bez żadnej bazy przemysłowej. Przez osiem lat walczył z Iranem - post rewolucyjnym Iranem, który zdziesiątkował swoją kadrę oficerską i przetrzebił szeregi armii. Irak miał w tej wojnie niezłe poparcie. Wspierały go Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Europa, większość krajów arabskich i producentów ropy z tej okolocy świata. Mimo to Irak nie zdołał zwyciężyć Iranu. Nagle okazuje się, że jest gotów podbić świat. Czy ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Przecież jest to w istocie kraj Trzeciego Świata z chłopską armią. Przyznano obecnie, że ropowszechniano masy dezinformacji co do jego fortyfikacji, broni chemicznej itp. Czy jednak ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Nie. Okazuje się, że nikt, dosłownie nikt, nie powiedział tego publicznie. To typowe. Zwróćcie uwagę, że dokładnie rok wcześniej to samo zrobiono z Manuelem Noriegą. Noriega to drobny łotrzyk w porównaniu z przyjacielem George'a Busha Saddamem Husseinem, i innymi jego przyjaciółmi w Pekinie - czy nim samym, jeśli już o tym mówimy ! W porównaniu z nimi Manuel Noriega to bardzo drobny łobuz. Czarny charakter, ale nie łotr światowych rozmiarów, jakich lubimy. Zamieniono go jednak w postać nadnaturalnych rozmiarów. Zamierzał nas zniszczyć, prowadząc za sobą armię handlarzy narkotyków. Musieliśmy się szybko zmobilizować i go pokonać, zabijając kilkuset czy parę tysięcy ludzi. Przywróciliśmy władzę śladowej, może ośmioprocentowej białej oligarchii i umieściliśmy amerykańskich oficerów na każdym poziomie systemu politycznego. Trzeba było zrobic to wszystko, bo przecież musieliśmy się ratować, inaczej ten potwór by nas zniszczył. Rok później to samo było z Saddamem Husseinem. Czy ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Czy ktokolwiek zapytał, dlaczego do tego doszło, albo w jaki sposób ? Trzeba by się bardzo uważnie za czyms takim oglądać.

Należy zwrócić uwagę, że nie różni się to zbytnio od działań Komisji Creela w latach 1916-1917, gdy w ciągu sześciu miesięcy zamieniono pacyfistyczne społeczeństwo w zbieraninę rozjuszonych histeryków, nawołujących do zniszczenia wszystkiego, co niemieckie, dla ocalenia przed Hunami, obrywającymi rączki belgijskim niemowlętom. Stosuje się zapewne bardziej wyrafinowane techniki, sięga po telewizję i wkłada w to mnóstwo pieniędzy, jednak metoda jest nader tradycyjna.
Wracając do mojego wyjściowego stwierdzenia, uważam, że nie chodzi tylko o dezinformację w kwestii kryzysu w Zatoce. Problem jest o wiele poważniejszy. Chodzi tu o to, czy chcemy żyć w wolnym społeczeństwie, czy w narzuconym samym sobie totalitaryzmie, w którym zdezorientowane stado zostaje zmarginalizowane i zastraszone, w którym odwraca się jego uwagę i zmusza do wykrzykiwania patriotycznych sloganów, w którym bojąc się o własne życie, stado wzdycha z podziwu dla przywódcy, ratującego je przed zagładą, natomiast klasy wykształcone na rozkaz maszerują w karnym szeregu, powtarzając wpajane im slogany, społeczeństwo rozkłada się od wewnątrz, stajemy się sługami państwa najemników do wynajęcia i marzymy o tym, by ktoś nam zapłacił za zniszczenie świata.
Taki jest wybór. Przed takim wyborem stajecie. Odpowiedź na te pytania zależy w głównej mierze od ludzi takich jak wy czy ja.





Posted in |
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Popular Posts

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.