Komunikat nr 7
Psychiczny paleolityzm i nowoczesna technologia
Wykładnia Stanowiska
Hakim Bey




TYLKO STĄD, ŻE S.O.A. mówi bezustannie o "Peleolityzmie", nie należy jeszcze wyciągać wniosków, że zamierzamy wpakować się z powrotem do Epoki Kamienia.
Nas nie interesuje "powrót do ziemi". jeśli takowy wiąże się z nudnym życiem grzebiących w gnoju chłopów – nie chcemy też "plemienności" jeśli towarzyszą jej tabu, fetysze i niedożywienie. Nie prowadzimy sporu z pojęciem kultury – w tym również z technologią; dla nas problem zaczyna się wraz z cywilizacją.
To co nam podoba się w Paleolitycznym życiu, zostało podsumowane, przez szkołę antropologiczną zwaną, "Ludem bez władzy": Eleganckie rozleniwienie społeczeństwa łowców/zbieraczy, 2-godzinny dzień pracy, obsesja na punkcie sztuki, tańca poezji i amorów, "demokratyzacja szamanizmu", kultywacja percepcji – w skrócie, kultura. To czego nie lubimy w cywilizacji, daje się wydedukować z następującej progresji: Rewolucja Agrarna"; powstanie kasty; Miasto i jego kult hieratycznej kontroli ("Babilon"); niewolnictwo; dogmat; imperializm ("Rzym"). Zdławienie seksualności w "pracy" pod egidą "władzy". "Imperium nigdy nie runeło".

Psychiczny paleolityzm oparty na High-Tech-post-agrarnym, post-industrialnym, "zerowork"-owym, nomadycznym (albo "Wykorzenionym-Kosmopolitycznym") - Społeczeństwie Paradygmatu Kwantowego - oto idealna wizja przyszłości zgodna z Teorią Chaosu jak również "Futurologią" (w Roberta Antona Wilsona-T.Leary'ego sensie tego słowa).
Co do teraźniejszości: odrzucamy wszelką kolaborację z Cywilizacją Anoreksji i Bulimii, z ludźmi tak zawstydzonymi absolutnym brakiem cierpienia w swoim życiu, że wymyślają włosiennice dla siebie i innych - albo tymi, którzy bezlitośnie się obżerają, a potem wypluwają z siebie rzygi zrepresjonowanego poczucia winy poprzez masochistyczne oddawanie się joggingowi i dietom. Wszystkie nasze przyjemności i autodyscypliny należą do nas z Natury - samych siebie nigdy się nie wypieramy, nigdy z niczego nie rezygnujemy (za to niektóre rzeczy zrezygnowały z nas i opuściły nas ponieważ okazaliśmy się dla nich za duzi). Jestem nie tylko jaskiniowcem, ale także podróżującym do gwiazd mutantem, oszustem i wolnym księciem. Swego czasu zaproszono pewnego wodza indieńskiego na bankiet w Białym Domu. Kiedy podano do stołu, wódz nałożył sobie całą kopę na talerz i potem wziął jeszcze dwie dokładki. W końcu siedzący obok niego białas powiada: "Wodzu, chłe-chłe, czy nie uważasz że trochę tego za dużo?". "Mhm", odpowiada Wódz, "'Trochę za dużo',to dla wodza dokładnie tyle, ile trzeba!" Niemniej jednak pewne doktryny "Futurologii" wciąż nastręczają problemów. Przykład: nawet jeśli zaakceptujemy wyzwoleńczy potencjał takich technologii jak TV, komputery, robotyka, podbój kosmosu, etc., to i tak będziemy widzieli rozdźwięk między potencjalnością a realizacją. Banalizacja telewizji, juppifikacja komuterów i militaryzacja kosmosu sugerują, że owe technologie same w sobie nie dostarczają żadnych "stwierdzonych" gwarancji, że ich zastosowanie będzie miało charakter wyzwoleńczy.

Nawet jeśli odrzucimy Nuklearny Holokaust jako jeszcze jedną Spektakularną Dywersję, zaaranżowaną po to, by odwrócić naszą uwagę od prawdziwych problemów, to i tak musimy przyznać że "Wzajemnie Zagwarantowane Zniszczenie" i "Czysta Wojna" celują w tłumienie naszego entuzjazmu wobec pewnych aspektów Przygody High-Tech.
Ontologiczna Anarchia wciąż kocha luddyzm jako taktykę: jeśli dana technologia, nieważne jak godna podziwu in potentia (w przyszłości), jest wykorzstana do ciemiężenia mnie tu i teraz, to powinienem albo posłużyć się bronią sabotażu, albo przejąć środki produkcji (czy wręcz środki komunikacji). Nie ma człowieczeństwa bez techne - ale nie ma techne wartej więcej niż moje człowieczeństwo
Odrzucamy z pogardą bezmyślny anty-technologiczny anarchizm - choć podobno zdarzają się tacy którzy uwielbiają uprawiać role - i odrzucamy też koncepcję Technologicznej Fiksacji. Dla nas wszelkie formy determinizmu wydają się jednakowo jałowe - nie jesteśmy niewolnikami ani naszych genów ani naszych maszyn. "Naturalne" jest to, że coś sobie wyobrażamy i że tworzymy. "Natura nie ma praw - tylko zwyczaje".
Dla nas życie nie nie należy ani do Przeszłości - tej krainy sławnych duchów tulących do piersi swe zaśniedziałe grzebalne dary - ani do Przyszłości, której obywatele, jajogłowi i mutanccy, strzegą jakże zazdrośnie sekretów nieśmiertelności. lotów z prędkością światła, designerskich genów i obumierania Państwa.
Aut nunc aut nihil. Każda chwila ma w sobie coś z wieczności, którą należy spenetrować - a mimo to zatracamy się w wizjach oglądanych oczyma trupów albo w nostalgii za niezrodzonymi doskonałościami.

Osiągnięcia moich przodków i potomków nie są dla mnie niczym więcej jak
pouczającą albo zabawną opowieścią – nigdy nie nazwę ich lepszymi ode mnie, nawet po to by usprawiedliwić własną małość. Drukuję dla siebie licencję na okradanie ich z wszystkiego, czego potrzebuje – z dziedziny psychicznego paleolityzmu albo high-tech – albo, skoro już p tym mowa, z cudownego gruzu samej cywilizacji tajemnic ukrytych mistrzów, przyjemności frywolnego szlachectwa i la vie boheme
La decadence, wbrew Nietschemu, odgrywa w Ontologicznej Anarchii rolę równie ważką jak zdrowie - bierzemy wzajemnie od siebie, co tylko chcemy. Dekadenccy esteci nie wszczynają głupich wojen ani też nie pogrążają swej świadomości w mikrocefalicznej chciwości i resentymencie. Szukają przygody w artystycznej innowacji i nie-zwyczajnej seksualności, a nie w nieszczęściu bliźniego. S.O.A podziwia i gorliwie naśladuje ich lenistwo, ich pogardę dla głupoty normalności, zawłaszczenie arystokratycznej wrażliwości. dla nas te jakości, paradoksalnie, harmonizują z jakościami Starej Epoki Kamienia i jego nadmiarem zdrowia, nieznajomością hierarchii, kultywacją bardziej virtu niż Prawa. Domagamy się dekandecji bez choroby i zdrowia bez nudy!
Dlatego właśnie S.O.A udziela nieograniczonego wsparcia wszelkiej maści tubylczym i plemiennym ludom w ich walce o pełną autonomię - ale również także najdzikszym, najbardziej kosmicznym spekulacjom i żądaniom Futurologów. Paleolityzm przyszłości (która dla nas jako mutantów już, istnieje) na wielką skalę da się osiągnąć jedynie za pośrednictwem masywnej technologii Imaginacji oraz naukowego paradygmatu, który wykracza poza mechanikę Kwantową, sięgając do Teorii Chaosu i halucynacji Fikcji Spekulatywnej.

Jako Wykorzenieni Kosmopolici rościmy sobie prawo do wszelkich uroków przeszłości, Orientu, społeczności plemiennych - wszystko to musi i może być nasze, nawet skarby Imperium: są nasze do podziału. I jednocześnie żądamy technologii, która jest transcendentalna wobec wobec rolnictwa, przemysłu, nawet symultaniczności elektryczności, żądamy hardware'u, który krzyżuje się z wetware-m świadomości, który przyjmuje moc kwarków, cząstek cofających się w czasie, kwazarów i światów równoległych. Skłóceni ideolodzy libertarianizmu zalecają rozmaite utopie każdorazowo zgodne z daną odmianą ich tunelowej wizji poczynając od chłopskiej komuny, a kończąc na Kosmicznym mieście w L-5. Powiemy: Niech rozkwitnie tysiąc kwiatów - mimo że nie mamy ogrodnika, który wyrwałby chwasty i okazy wynaturzone według jakiegoś umoralniającego albo eugenicznego planu. Jedyny prawdziwy konflikt to konflikt między władzą tyrana a władzą zrealizowanego "ja" - wszystko inne jest iluzją, psychologiczną projekcją, niepotrzebnym gadulstwem.

Pod pewnym względem synowie i córki Gai nigdy nie wyszli z paleolitu, pod innym wszystkie udoskonalenia przyszłości już są nasze. Tylko insurekcja może "rozwiązać" ten paradoks - tylko powstanie przeciwko fałszywej świadomości zarówno w nas jak i w innych zmiecie technologię opresji i ubóstwa Spektaklu. W tej bitwie pomalowana maska albo grzechotka szamana mogą się okazać równie ważne jak przejęcie satelity komunikacyjnego albo tajnej sieci komputerowej.
Jedynym kryterium, na podstawie którego oceniamy dowolną broń czy narzędzie, jest jego uroda. Środki już są celem, w pewnym sensie; insurekcja jest przygodą; Stawanie się JEST Byciem. Przeszłość i przyszłość istnieją tylko w nas i dla nas, alfa i omega. Nie ma innych bogów przed nami ani po nas. Jesteśmy wolni w CZASIE i będziemy również wolni w PRZESTRZENI.



Posted in , , |

Thomas Pynchon
Tęcza nad Polską
Rafał Księżyk



Wycie przeszywa niebo na wskroś. Tak brzmi pierwsze zdanie "Tęczy grawitacji". Aura katastrofy, którą ze sobą niesie, utrzymuje się przez całą powieść. Czytelnik zdąży oswoić się z tą niepokojącą tonacją, gdy w finale zorientuje się, iż stoi w tym samym miejscu. Wycie jest odgłosem pikującej Rakiety. Książka kończy się, gdy pocisk spada wprost na czytelnika... Pierwsze polskie tłumaczenie "Tęczy Grawitacji" Thomasa Pynchona wydano w grudniu 2001 roku. "Gazeta Wyborcza" powitała książkę sugestią, iż ukazała się 10 lat za późno. Czemu akurat 10? Najwyraźniej tyle wystarcza, aby móc potraktować powieść - w geście w gruncie rzeczy małodusznie umniejszającym - jako okaz archiwalny. W "Polityce" napisali, iż ten nieudany eksperyment sprawia wrażenie niewartego zachodu bełkotu w "narkotycznym transie". Co już zupełnie nie przystoi gazecie, która szczyci się posiadaniem na pokładzie felietonisty sławnego z wyznań alkoholika. Nic tak nie służy dziełom sztuki jak niedookreśloność i stająca w gardle kontrowersyjność. 30 lat od napisania "Tęcza Grawitacji" pozostaje powieścią o porażającej sile. Gdy ukazała się w 1973 roku, porównywano ją z "Ulissesem" Joyce'a i okrzyknięto arcydziełem postmodernizmu. Równie dobrze wydać się mogła ciągnącą się do kresu nocy boską komedią, jako zapowiedź epoki informacji i jej kontestatorskich taktyk, w latach 80. okazała się Biblią generacji cyberpunk. Eksplorowano ją jako encyklopedię spiskowej teorii dziejów. Jej duch towarzyszył "Z Archiwum X" i "Matrixowi". Dziś, porwać może antyglobalistów z obozu "No Logo", jako przejmująca wizja podboju świata przez wielkie korporacje. Osnową powieści są perypetie Tyrone Slothropa, wywodzącego się z purytańskiego rodu, amerykańskiego oficera, a potem dezertera. Okazuje się, iż jego erekcje pozostają w osobliwym związku z eksplozjami "cudownej broni" Hitlera - rakiet V. Z nadzieją odnalezienia SuperRakiety, Slothrop wędruje po, obejmującej po części i Polskę, Strefie - okupowanych przez aliantów obszarach upadłej Rzeszy. To miejsce bezprawia, płynnych granic, nerwowej wędrówki ludów, gry wywiadów i czarnego rynku. Wizja Pynchona wynurza się z chaosu II wojny światowej, koncentruje się jednak na tym, jak zawiązuje się w nim nowy ład, który doszedł do głosu w latach 50. Spisał ją na przełomie lat 60. i 70. Obrazy bombardowanego Londynu lat 40. natchnione są atomowymi lękami Zimnej Wojny. Odcisnął się też na "Tęczy" współczesny jej wzlot i upadek kontrkultury lat 60. Powieść jest wypadkową wibracji najbardziej przełomowych 30 lat XX wieku - ich historii, przemian obyczajów, nauki, filozofii, sztuki, mitów i... mroków podświadomości.
STRON DO KOŃCA ŚWIATA: WIBRACJE CHAOSU Buuum! l na tym można by poprzestać. Ponoć jednak przed śmiercią staje przed oczami całe życie. Owe 600 stron - gęstej, jakby siliła się na odwleczenie katastrofy - prozy Thomasa Pynchona wzbudza agonalny taniec tworzących cywilizację Zachodu emocji, znaków i idei. Nie ma żadnego posiania, nie ma domu, są tylko miliony ostatnich chwil... nic więcej. Nasze dzieje to suma ostatnich chwil. "Tęcza" jest ekspresją świata, z którego zniknął boski porządek, a rozwój nauki doprowadził do tego, iż jęła głosić niepewność. Duchowość rozprasza się, ucieka w sekciarstwo, perwersję, lęk: przybiera postać paranoi. Codzienny ład organizują ekonomia i technika: określają tempo i funkcjonalność, w którym rozmywają się i mieszają tradycyjne wartości. Wycie, które przeszywa niebo, to przede wszystkim skowyt jednostki udręczonej w tym świecie. Cóż innego, jeśli nie wrzenie emocji, sprawiło, iż powieść wyszła z akademicko-artystowskiego getta i jęła wieść drugi, bujniejszy żywot undergroundowej wyroczni.
Diagnoza, jaką wystawia cywilizacji Zachodu "Tęcza", jest bezlitosna, ale wolna od czczej rozpaczy i łzawego eskapizmu. Życie w Systemie jest jak jazda po bezdrożach autokarem kierowanym przez maniaka gnanego myślą o samobójstwie... choć właściwie facet jest sympatyczny i opowiada dowcipy przez głośniki. Sarkazm jest dobrą próbką tonacji "Tęczy" Z jego grymasów wyłania się męstwo. W bezpośrednim kontakcie "Tęcza" jest również popisem szalonego dowcipu w duchu - ze wszech miar niepoprawnych, jeśli idzie o seks, narkotyki i czarną groteskę - undergroundowych komiksów lat 60. i najwyższych lotów zabawy w literaturę: od maestrii stylu po błyskotliwość parodii i anegdoty. "Tęcza" bombarduje nas, ale nie po to, by paraliżować. Chaos, który wznieca, działa jak pobudzająca szczepionka. Siła ludzkiego wycia urasta bowiem do buntowniczej wibracji. Zrobiliście z tego świata piekło. Pokażę, jak ono wygląda - zdaje się mówić Pynchon. Nic w tym nowego, ale poraża konsekwencja, z jaką "Tęcza" realizuje ten program. Pynchon tworzy wedle reguł świata, w którym żyje. Natchnieniem i metodą są dlań odkrycia chemii i fizyki kwantowej, cybernetyka i teoria informacji. Bezlitosny wymiar katastrofy wynika właśnie stąd, iż znajduje ona uzasadnienie w beznamiętnych regułach nauki. Człowiek w tym świecie ma zostać zaprogramowany jak funkcjonalne kółko maszyny. Pierwiastek ludzkiej indywidualności - nazbyt nieobliczalny, aby dopasował się ściśle do takich reguł - musi wydać się wobec tego czymś szalonym. l Pynchon przemawia głosem szaleńca - "Tęcza" jest dziełem rozwibrowanym paranoiczną podejrzliwością i schizofrenicznym rozszczepieniem. Nie jest to jednak bełkot. Dzięki misternej konstrukcji, Pynchon rozprasza się w swym dziele i przyjmuje wiele punktów widzenia. Pokazuje równocześnie, że od szaleństwa nie są wolni inżynierowie ładu. Ich klęska w wojnie przeciw nieporządkowi wynika z tych samych, naukowych przesłanek, którymi się kierują. Projekt ładu może wydać się zaćmieniem. Żyjemy w nieustającej agonii kolejnych porządków. Entropia - fizyczny proces rozpraszania energii - zostaje wyniesiona przez Pynchona do rangi zasady władającej światem. Cierpimy w dwójnasób - w owym rosnącym na skalę kosmiczną nieuporządkowani i w opresji wojennej dyscypliny, jaką narzuca walcząca z nim cywilizacja. INNE CZĘSTOTLIWOŚCI: WIBRACJE WYKLUCZENIA Znajomość naukowo-technicznych podstaw powojennego nowego ładu - gdzie wiedza = władza - sprawia, że Pynchon może stawać się jego sabotażystą. W jego powieści pełno jest aktów sabotowania i omijania Systemu. Są jeszcze inne częstotliwości, powyżej i poniżej widocznego pasma. Już sama forma "Tęczy" staje w gardle tradycyjnie nastawionemu odbiorcy. Z samych tych względów oswojenie z poetyką komiksu czy muzycznego kolażu ery techno okazuje się wielkim sprzymierzeńcem lektury. Pynchon odrzuca nawyki linearnej narracji. Niczym kwantowy mechanik literatury konstruuje opowieść przelewającą się w wirach i mgławicach. "Tęcza" to powieść - fraktal, gdzie fragment zawiera informację o całości. "Tęcza" opowiada o powojennym i poprzemysłowym świecie, gdzie zbankrutowała racjonalistyczno-humanistyczna tradycja Zachodu, której symbolem jest Logos. Ci, co udają, że nic się nie zmienia, twierdzą, iż straszy ich powieść, by lekceważyć diagnozę, którą stawia. Pynchon nie szuka w sztuce sensu i pewności. Używa jej, aby wypracować taktykę na miarę bezsensu i niepewności świata. Wymiar fraktala mieści się gdzieś pomiędzy 0 i 1 - wymiarami geometrii euklidesowej i wartościami kodu cybernetyki. Podobnie Pynchon, który stara się zajmować pozycje gdzieś pomiędzy sensem i bezsensem, ładem i chaosem, pewnością i niepewnością. "Tęcza" nie podlega ostatecznej, jedynej słusznej interpretacji, a równocześnie domaga się nieustannych indywidualnych interpretacji. Sabotując cybernetyczny ład, Pynchon demonstruje, iż informacja nie wiąże się z sensem. Od szumu odróżnia ją tylko kontekst intencji nadawcy. Informacja oddziałuje raczej siłą perswazji, niż znaczeniem. Każdy racjonalny porządek określa się poprzez wykluczenie. Dopiero na tle szumu, zła, bezsensu wyłania się sens, dobro, znaczenie, W jednym z epizodów "Tęczy" mowa o europejskich kolonistach, którzy dokonują zagłady całego gatunku ptaków dodo. Ptaki wydają się im tak szpetne, jakby "ucieleśniały drwinę z dzieła bożego", są w dodatku nieme - zostają wykluczone ż dzieła Zbawienia.Pynchon nie buduje zatem systemu. Daje czytelnikowi gęsto skompresowane informacje. Nie po to, by szukali w nich sensu, ale by posłużyli się nimi wedle własnej woli. Dryfując w sferze "pomiędzy", stara się przy tym Pynchon wygrywać dla nas to, co inne, nieme, wykluczone. Nie tylko poprzez opis, czy katalogowanie, ale też zmieniając percepcję odbiorcy: Nasilają się zmiany dynamiki. Nieuchwytne skoki głośności, zagęszczanie nut (...) po chwili meloman zaczyna słyszeć pauzy zamiast nut - ucho dostraja się w taki sam sposób, jak oko patrzące na zdjęcie z rozpoznania lotniczego, gdzie leje po bombach wyskakują na plan pierwszy. Ten opis koncertu stanowi doskonałe wprowadzenie w wibrującą prozę Pynchona - pisarza wielce muzykalnego. W jednej z najsłynniejszych scen "Tęczy" (bo jest zaraz na początku) - zduplikowanym w "Trainspotting" nurkowaniu w kiblu, głusi krytycy dostrzegają tylko to, że Murzyni, a wśród nich młody Malcolm X, chcą zgwałcić Slothropa. Tymczasem wpleciony tu został jeden z najpiękniejszych literackich hołdów dla rebelianckiego Czarnego jazzu. W knajpie grają tęskną piosenkę o indiańskiej dziewczynie. Grany kawałek jest jeszcze jednym kłamstwem, ukrywającym zbrodnie białej rasy. Ale co to? Czyżby spisek indiańskich duchów? Pada wieść, że w NYC gra Charlie Parker. "Prorok", który wykorzenia nieskończenie, bez charakteru retuszowany "odurzający kicz" kołysanek z sal koncertowych i fal radiowych. Charlie Parker pokazuje, jak można wykorzystać najwyższe dźwięki akordów do rozbicia linii melodycznej na... litości, co to, kurwa jest karabin maszynowy, czy co człowieku on chyba ma bzika trzydziestodwójki (...). CYBERPLAN: WIBRACJE MOCY najbardziej niezwykłych cech "Tęczy" należy fakt, iż została ona mocno osadzona na gruncie nauk ścisłych i techniki. Z rzadką u pisarzy biegłością Pynchon porusza się po obszarze najnowszej fizyki i chemii. Ich odkrycia pozwoliły rozszczepić materię do tego stop nią, iż można nią swobodnie manipulować. Powstało tworzywo sztuczne - jedna z obsesji "Tęczy" - ostateczny wyraz uzurpowanej władzy człowieka nad światem. Najczęściej pożądaną właściwością było moc - pierwsza z triady cnót Plastyczności: Moc, Wytrzymałość i Biel (...) jakże często brano je za nazistowskie hasła. Ta moc wykorzystana podczas Wojny rozpętała totalny chaos. Nowy ład zimnowojennych lat 50. wyznaczają cybernetyka i powiązana z nią teoria informacji, działające w imię opanowania chaosu, którego nieuniknioną obecność ogłosiła równocześnie fizyka kwantowa. Jedną z inspiracji "Tęczy" była rozprawka "Cybernetyka i społeczeństwo" amerykańskiego matematyka Norberta Wienera. Proklamuje ona doniosłość cybernetyki jako nauki o sprawowaniu kontroli nad maszynami i społeczeństwem. Jak pisze Wiener: Najlepiej jest unikać wszelkich wątpliwych terminów opartych na zasadzie błędnego koła, takich jak "życie", "dusza", "witalizm", a wypowiedzi na temat maszyn ograniczyć do stwierdzenia, że nie ma powodu, dla którego nie miałyby przypominać istot ludzkich w tym, że są wysepkami malejącej entropii w obrębie systemu, w którym entropia ma tendencję do wzrastania. W podobny tonie przemawia jedna z najbardziej odstręczających kreatur "Tęczy", Pointsman - psycholog behawioralny ze szkoły Pawłowa, dla którego psychika ma czysto fizjologiczne podstawy. W "Cybernetyce" układ nerwowy porównany jest do maszyny cyfrowej: można go programować. Stanowiąc nowy ład, inżynierowie społeczni i pawłowiści dążą, by wykluczyć zeń przypadek, charyzmę, marzenia. W imię ochrony przed "szatanem chaosu" Wiener lansuje technokratyczne zarządzanie, gdzie człowiek traktowany jest jak maszyna. Teoria informacji zapowiada jednak kolejną, wzbierającą od środka systemu katastrofę: do sprawnej organizacji ładu potrzeba informacji - nadmiar informacji zmienia się w chaos. Relacja pomiędzy chaosem a ładem traci swą jednoznaczność. Pynchon przypomina o tym na każdym kroku: To, co wydaje się destrukcją jest w istocie kształtowaniem przestrzeni torowisk do innych potrzeb (...) Dla ludzi obdarzonych szczególnym słuchem muzycznym dysonans jest wyższą formą konsonansu. Na moim, zdobytym w antykwariacie, polskim egzemplarzu "Cybernetyki i społeczeństwa z 1961 roku (wyd. II, 10 000 egz.) widnieje zdecydowany podpis: "To moje!!!". A właściciel podpisał się jako generał brygady Wojska Polskiego. Ja, dla potomności podkreśliłem ołówkiem taki pasus: Fakt, że nie potrafimy przetelegrafować struktury człowieka z jednego miejsca do innego, wydaje się wynikiem trudności technicznych, a zwłaszcza zachowania żywego organizmu w czasie fok radykalnej jego rekonstrukcji. Sama koncepcja jest w wysokim stopniu do przyjęcia. Psychotyczny prorok i generał? Pynchon lubuje się w wynajdywaniu - jakże licznych - przypadków tego rodzaju flirtów. W "Tęczy" przywołuje całą paradę reżyserów wyobraźni, wynalazców i społecznych inżynierów. Bierze ich idee i bawi się w badanie wynikających z nich konsekwencji. l w tym procesie kryje się entropia. Następstwa owych odkryć i zamysłów ulegają degeneracji - nauka zanurza się w przestrzeń mitu i przesiąka perswazyjną ideologią. Szczególnie frapuje autentyczna postać Wernhera von Brauna, który konstruował rakietową broń dla Hitlera, a potem stał się pionierem amerykańskiego programu kosmicznego i gwiazdą familijnych programów popularnonaukowych produkowanych przez koncern Disneya. KATALOG PERWERSJI: WIBRACJE KONTROLI"font-size:small;"> Entropia to ówczesna obsesja Pynchona. Jej rozpraszające działanie dostrzega Pynchon - z iście paranoicznym zacięciem - także w kulturze, na rynku, w psychice. Obserwuje społeczeństwo pełne stygnących układów zamkniętych. Jego symbolem jest paranoja - dzięki niej jednostka stawia siebie w centrum wydarzeń - choćby za cenę brnięcia w chorobliwe urojenie i alienację: Jak widać, paranoja może być u Pynchona najbardziej zwięzłym podsumowaniem losów całego gatunku ludzkiego. Paranoik postrzega świat jako arenę zorganizowanego przeciw niemu spisku. I chociaż Pynchon nie omieszkał nadać swej powieści paranoicznej atmosfery, szaleństwo jego bohaterów znajduje podstawy w ich losach. Oto Tyrone Slothrop - arcyparanoik, w dzieciństwie poddawany był deprogramującym eksperymentom inżynierów-pawłowistów. "Tęcza" to najlepsza - encyklopedyczna wręcz - powieść o kontroli i ujarzmianiu jednostek we współczesnym społeczeństwie. Patrząc przez wyniesiony z mechaniki kwantowej pryzmat mikroświata, Pynchon kataloguje praktyki mikrowładzy. O mikrowładzach pisał Foucault, twierdząc, że nowoczesna władza "zewsząd się wyłania" jako sieć rozproszonych dyscyplinujących technik. Najgłośniejszym z licznych skandali wokół "Tęczy" było cofnięcie przyznanej książce nagrody Pulitzera. Tłumaczono to jej "niezrozumiałością i obscenicznością". W rzeczy samej, znaleźć można w "Tęczy", podany z fetyszystycznym przepychem, katalog dewiacji seksualnych. Konsumpcja gówna, którego wszędzie tu pełno, orgie sado-maso, akty pedofilii i wszelkiego molestowania. Sięga to niekiedy czarnej groteski. Nade wszystko jednak, ta wywichnięta, pełna agresji seksualność stanowi tu - jakby wylewające się z podświadomości - odbicie przemocy, której doświadcza jednostka w społeczeństwie. Katalog ów przeplata się z drugim, nie mniej perwersyjnym, przynoszącym opisy tresury i ujarzmienia, czy po prostu "prania mózgu", które wnoszą: armia, klinika medyczna, instytuty naukowe, kultura masowa i rynek. Wśród owych opresji znajdujemy: biurokratyczną obsesję klasyfikowania i statystyk, wszelkie techniki masowej perswazji i propagandy, modyfikujące człowieka teorie naukowe i kliniczne praktyki. Czyż skalpel i sonda nie są równie ozdobnymi i eleganckimi przedłużeniami penisa, jak bicz i laska? Zaprawiony w strukturalizmie i semiotyce, Pynchon śledzi również, jak władza i kontrola oddziałują poprzez system znaków i symboli. Wymowna jest tu opowieść o Nowym Alfabecie Tureckim, który ma zostać wprowadzony w azjatyckiej części nowo powstałego Związku Radzieckiego. Dywersyjna zmiana czcionki w maszynie do pisania wywołuje zamieszki. I tak magia znana szamanom na równinach od zarania dziejów, zaczyna teraz funkcjonować w trybie politycznym. Programowanie świata, ukierunkowana na określone cele ingerencja w jego poszczególne struktury jest u Pynchona zestawiana z ezoterycznymi tradycjami magii, alchemii i kabały. Geniusze nauk ścisłych, wywiadowcy-manipulatorzy, szefowie korporacyjnych zarządów i wywrotowi agenci informacji miewają mistyczne wglądy, usiłują kontaktować się w światach astralnych z "biurokracją po drugiej stronie". W "Tęczy" pełno jest nawiązań do archetypowych symboli i motywów czerpanych z kręgu mitów, religii i kultury. Pynchon eksploruje przede wszystkim mitologię grecką i germańską oraz mistykę żydowskiej Kabały i purytański system moralny amerykańskich protestantów. Wiele miejsca poświęca artystycznym ideologiom "niemieckiego ducha": od Beethovena, poprzez Rilkego i Hessego na ekspresjonistycznym kinie kończąc. Ich znaki zestawia z krzykliwą współczesną mitologią kultury masowej: ikonami pop, komiksami, szlagierami. W aurze karnawałowej maskarady owe mityczne motywy o podświadomej sile i uświęcone tradycją znaki poddane zostają drapieżnej parodii. Bajka o Jasiu i Małgosi służy za scenariusz sado-masochistycznej orgii. Zamieszanie wokół szansonisty-idola, Franka Sinatry przyrównane jest do upadłych dionizejów. W świecie znaków i symboli tworzących system kultury Zachodu również zachodzą rozpraszające procesy płynności i wymieszania. Pynchon zaciekle tropi jałowy eskapizm i perswazyjne ideologie, jakie przenikają wzloty ducha i wyobraźni. Tak zaciekle, jakby egzorcyzmował swe własne demony. TOTALNY KONCERN: WIBRACJE PRODUKTYWNOŚCI. Dla dzisiejszych antyglobalistów "Tęcza" okaże się niedoścignioną wizją totalnego koncernu. Opisując "megakartet" IG Farben, daje Pynchon popisowe wydanie spiskowej teorii dziejów. Z paranoicznych oparów wynurza się jednak przenikliwe studium polityki korporacji, która konsekwentnie wciela w praktykę techniki cybernetycznego zarządzania. Wypada tu przywołać drugie dzieło z epoki, które wywarło wpływ na "Tęczę" - wydaną w 1947 roku pracę Richarda Sasuly "IG Farben". Autor przedstawia tam dzieje niemieckiego koncernu chemicznego IG Farben, który wsparł nazistów i jeszcze po dojściu do władzy Hitlera kooperował z amerykańskimi biznesmenami. W wizji Pynchona pączkujący o międzynarodowe filie IG Farben tworzy totalną strukturę, pilniejszą niż narodowe państwa - temat eksploatowany potem przez cyberpunk. Pojawia się sugestia, iż polityka jest spektaklem, za którym kryje się wojna toczona pod dyktando potrzeb techniki. Potęga koncernu zbiega się z ideą Rakiety: sztuczne tworzywa produkowane przez IG mają zastosowanie przy jej budowie. Jedną z macek megakartelu jest Sandoz: szwajcarska firma medyczna, gdzie wysyntetyzowano LSD. Samo IG produkuje narkotyk, onirynę. W jej laboratoriach trwa poszukiwanie środka, który usuwałby ból, nie powodując uzależnienia. Kryje się za tym pasja, by "kontrolować uzależnienie". Spełnia ją "nowy narkotyk", istniejący tytko w filmie: po jego zażyciu człowiek traci zdolność przekazywania swych odczuć - nikt nie wie skąd wzięć towar - "narkotyk znajduje człowieka, a nie odwrotnie". Jeden z geniuszy badań rynkowych bryluje tu tezą, iż "konsumenci potrzebują poczucia grzechu". Z drugiej strony Pynchon wspomina o "zimnym pragmatyzmie" realnej polityki Imperium Brytyjskiego, pod którego egidą na linii Indie - Chiny kwitł handel opium. Ucieleśnieniem IG jest jeden z jej głównych technologów - chemik, pawłowista i cybernetyk - Laszlo Jamf - postać o "bezbarwnej, plastikowej wszechobecności". To ten sam, który podczas klinicznych badań torturował małego Slothropa. Kieruje nim tęsknota wyjścia poza życie, w stronę nieograniczoności. Eksperymentując z uszkodzonymi pierścieniami molekuł, Jamf tworzy mutację oniryny - narkotyk, który produkuje paranoję. Związki rynku i narkotyków są w "Tęczy" wielopłaszczyznowe - łączy je to, iż prowokują płynność i wymieszanie. W anegdocie o katastrofie na niemieckim rynku kokainy mowa o tym, jak nie sposób zdobyć nadmanganianu potasu, który jest "kamieniem probierczym" pozwalającym odróżnić narkotyk od białego proszku. Nadmanganian zużywany jest przez przemysł zbrojeniowy. Gdy go zabrakło wszystko, co wyglądało podobnie, stało się więcej warte, niż sama kokaina - nic nie było już rzeczywiste. Takiego "kamienia probierczego", miary brakuje całemu światu "Tęczy", którym rządzi destrukcyjne pomieszanie, jest ono jednak równocześnie podstawą funkcjonowania rynku, który sam się stwarzał, od wewnątrz, stwarzał własną logikę, rozpęd styl. Znajdujemy tu echa myśli Simmla, wedle którego moc elastyczności i wymienialności pieniądza rozproszyła metafizyczny fundament kultury Zachodu. Nowoczesny koncern jest maszyną doskonale przystosowaną do tych warunków firmą bez fabrycznej ojczyzny, bez konkretnego oblicza i tradycji. Rynek, inżynieria społeczna, technika stwarzają podstawy nowego ładu, który przyrównany jest do złowrogiego Imperium. To System, w którym nie ma miejsca dla marzycieli i charyzmatyków. Jego porządek określa mechaniczny determinizm, pragmatyzm, a nade wszystko: Branie bez dawania, postulał, by "produktywność" i "dochody" zwyżkowały z upływem czasu; System odbiera reszcie Świata ogromne ilości energii, żeby jego mały desperacki wycinek wykazywał stały przyrost. Brak miary i miara pozostają w równie płynnej relacji, jak ład i chaos, ludzka miara -powoływana na drodze wykluczania tego, co inne - narzuca bowiem nierównowagę rozpraszającą ład, którego ma strzec. To zakwestionowanie oczywistości gry przeciwieństw znajduje podsumowanie w przenikającym całą powieść wątku poszukiwania SuperRakiety. Okazuje się - cóż za absurd - że w sercu upadłej Rzeszy krąży, skuteczniejsze niż dywizje SS, Schwarzkommando. Oddział czarnoskórych Herrerów, którzy przywiezieni zostali z niemieckich kolonii w Afryce, a teraz przygotowują się do odpalenia SuperRakiety! Czym jest Rakieta u Pynchona? Czym tylko kto zechce. Powieść, która od pierwszego zdania zawisa groźnie nad czytelnikiem, by w końcu nań spaść, jest przecież Rakietą. Powieść jako rakieta? A czemu nie. Analizując prozę Marcela Prousta, Gilles Deleuze sformułował teorię powieści-maszyny: Logosowi, którego sens należy odkryć we wszystkim, do czego należy, przeciwstawia się antylogos, maszya i maszyneria, której sens (wszystko czego zapragniecie) zależy wyłącznie od funkcjonowania, to zaś od oderwanych kawałków. Dzieło sztuki nowoczesnej nie stwarza problemu sensu, lecz wyłącznie problem użytkowania. To rytuał podjęty w powadze, choć z ryzykiem, iż okaże się pustym gestem? Wybujała sublimacja dandyzmu? Operacja niczym z magii chaosu (Kiedy podejmuje się pewne działania, pewne sprawy się zdarzają)? Deleuze zdaje się iść dalej. Dopiero, gdy znacząca treść lub idealne znacznie ustępują miejsca wielorakości fragmentów i chaosowi, a formy subiektywne chaotycznej i wielorakiej bezosobowości, dzieło sztuki nabiera właściwego sensu, to znaczy wszystkich sensów, których spodziewać się można po jego funkcjonowaniu. Z owych rozważań wywodzą się idee, które uczyniły z Deleuze'a guru generacji cyberpunk i awangardy techno. Proklamując wolną od hierarchii strukturę kłącza i wojenne strategie nomadów, jął wzywać Deleuze do tworzenia "nowych maszynerii" produkujących sensy. Odnieść to można także do "Tęczy" - rakietowej maszyny literackiej epoki mechaniki kwantowej i informacji. Taka konstrukcja pozwala Pynchonowi na skuteczną nawigację pomiędzy ruinami dawnych oczywistości i na ostateczną konsekwencję. W finale powieść, wraz z czytelnikiem, zostaje rozproszona w eksplozji. Wcześniej rozprasza się także jej główny bohater. Pynchon wymazuje dzieło, tak jak swą tożsamość. Pisarz maniakalnie dba o anonimowość. W swej kolejnej powieści, wydanym w 17(!) lat po "Tęczy", "Vineland" składa swoisty hołd francuskiemu filozofowi. Mowa tam o The Vomitores, heavymetalowej grupie, która na włoskim weselu wykonuje kawałki z "Italian Wedding Fake Book" - dzieła autorstwa Gillesa Deleuze'a i Felixa Gauttari'ego. W rzeczywistości duet Deleuze-Gauttari stworzył cykl "Kapitalizm i schizofrenia". Głosili tam, iż Wałęsający się schizofrenik jest na pewno lepszym wzorem, niż rozciągnięty na kozetce neurotyk. Ich wyzwolony ze społecznych stłumień Schizo opisany został równocześnie z pynchonowskim paranoikiem. Dzieło sztuki okazuje się po prostu maszyną, która organizuje chaos, nie tworząc równocześnie systemu, który uzurpowałby pretensje do sensu i całości. Rozdartego świata nie można scalić. Machina Pynchona nawiguje po nim, czerpiąc napęd z iskrzeń na jego przetartych szwach, z wirów ziejących w jego szczelinach, ze złuszczeń żrących oficjalne fasady. Swą funkcjonalność opiera na ich płynnych i nieokreślonych relacjach. Nie przekonuje i nie ustanawia, a raczej dryfuje na fali budzonej przez rozchwiania rzeczy zdawałoby się ustalonych. Czyżby miało to być naszą kondycją, przed którą nie ma ucieczki? Jak w takim razie można użytkować tę powieść? Może posłużyć jako rodzaj nauki jazdy w warunkach nieufności, niepewności i nadmiaru? Pynchon stara się sprostać tęsknocie by uporać się z nieprzystającymi do siebie kawałkami świata, a równocześnie demaskując wszelkie mity całości, mierzy się z rozczarowaniem wobec bankrutujących idei. Lot jego Rakiety napędzanej tymi niepokojami, niezależnie od finału, jest imponujący. l prawdziwie wznosi. Najlepiej budować własną Rakietę. Choćby miał to być wehikuł wyobraźni. Ważne, by funkcjonował, wynosząc w swym ruchu Wasze sensy. Cytaty T. Pynchon "Tęcza Grawitacji" tłum. Roberta Sudół G. Deleuze "Proust i znaki" tłum. Michał Paweł Markowskij N. Wiener "Cybernetyka a społeczeństwo" tłum. Olgierd Wojtasiewicz

Posted in , , |

Pokłosie lat 60
Timothy Leary




W dzisiejszych czasach każda dekada stanowi zapis długowiecznej ogólnoludzkiej dyskusji. Kultura lat 60-tych wyryła mniejsze lub większe piętno na każdym Amerykaninie. Tak się składa, że sam byłem bardzo zaangażowany w tamtejsze zmiany społeczne jako członek drobnej grupki chłonnych nowości intelektualistów, pragnących otrzymywać, wchłaniać i przekazywać wyłaniające się sygnały kulturowe.
Znaczenie tej eksplozywnej dekady zweryfikuje jeszcze historia w świetle ciągłego rozwoju. Jasne jest, że ci, którzy w niej uczestniczyli, wciąż będą przekazywać swoje wersje tego, co się wydarzyło i przepowiadać to, co ma nadejść.
W styczniu 1960 roku przyjąłem zaproszenie z Harvard University, by promować tam nowy program o nazwie Zmiana Behawioralna. Byłem przekonany, że choroby umysłowe można wyleczyć; że drastyczne ograniczenia ludzkich funkcji intelektualnych i emocjonalnych są spowodowane skostniałymi stanami umysłu, statycznie naznaczonymi i uwarunkowanymi obwodami nerwowymi, tworzącymi i podtrzymującymi sztuczne stany postrzeganej rzeczywistości.
Wierzyłem, że system nerwowy może być bio-chemiczno-elektryczną siecią, posiadającą zdolność otrzymywania i tworzenia zmiennych serii przystosowawczych rzeczywistości, jeśli się tylko znajdzie chemiczny klucz do zmieniania świadomości i dostosuje go do odpowiedniej teorii. Dość powiedzieć, iż myślałem, że człowiek nie wie jaki pożytek może zrobić ze swojej głowy oraz że statyczny, pełen uwarunkowań obwód nerwowy, znany jako normalny umysł, jest w istocie źródłem niewoli, a zadaniem psychologów-neurologów jest odkrycie neurochemikaliów zmieniających umysł. Można by było wprowadzać w ten sposób nowe kody nowych rzeczywistości. Początkowe doświadczenia na Harvardzie sugerowały, że LSD może być takim środkiem.
Na początku lat 60-tych sprawdziliśmy te hipotezy, przeprowadzając doświadczenia z LSD na kilkusetosobowej próbie, przyjmując następujące założenia: nastawienie, czy też oczekiwanie, miało dotyczyć filozoficznych poszukiwań i odkryć; otoczenie było bezpieczne i odpowiedzialne. Nie odnotowaliśmy ani jednego przypadku "złego tripu". Nasze obiekty doświadczenia przeżywały stany meta-umysłu i kontemplacji osobistych i społecznych następstw tych nowych sygnałów.
Wyniki tych psychedelicznych doświadczeń doprowadziły nas do konkluzji, że organiczne neurochemikalia mogą być stosowane do badań nad systemem nerwowym, do wyzwalania mózgu z ograniczeń umysłu, do uczenia istot ludzkich rozwijania nowych systemów nerwowych (nowych umysłów) w celu recepcji, integracji i transmisji.
Skutki tych konkluzji dla ludzkiej wolności były daleko idące. Wyznaczono nową naukę. Zaproponowałem termin "Neurologika": nauka o poznaniu i kontroli systemu nerwowego. Co istotniejsze, wyłoniła się nowa mityczna koncepcja natury ludzkiej. Zaczęto postrzegać człowieka jako posiadającego wiele "umysłów" (definiowanych jako obwody nerwowe), które ewoluują w trakcie osobistego rozwoju i mogą być dowolnie dostrajane do wielu zewnętrznych obwodów elektrycznych otaczających współczesnego człowieka.
W latach 1960-63 sprawdziliśmy te teorie podczas psychedelicznej psychoterapii więziennych rehabilitantów, zmierzającej do zmian osobowościowych. Hipotezy się potwierdziły. Ilość osób powracających do więzień zmniejszyła się o 95%. Był to wielki sukces. Nasi pacjenci podzielali nasz entuzjazm, czego nie dało się powiedzieć o naszych pracodawcach. Byliśmy wystarczająco naiwni, by dziwić się, że administracja więzienna nie pragnie eliminować patologii, którymi administruje.
Trzykrotnie oferowano mi godności na Harvardzie pod warunkiem, że porzucę doświadczenia z psychedelikami. Nie kusiło mnie to. Weszliśmy do mitycznej krainy nadziei i ryzyka, licząc na to, że ludzkość może osiągnąć wyższą mądrość. Przypominało to gnostycką, hermetyczną, neoplatońską, alchemiczną, faustowską wiarę w jednostkę jako mikrokosmos; wizję wielo-ośrodkowego wszechświatu nadającego życie indywidualnej egzystencji, nieustannie powracającą na przekór Inkwizycji i wciąż wyśmiewaną przez współczesne wersje ostudzonego stoicyzmu.
Było nas trzydziestu dyplomowanych studentów, młodych wykładowców i teologów, wierzących że nadchodzi czas dla dalekosiężnych wizji wynikających z potrzeby nowej, empirycznej metafizyki. Czytaliśmy z naszych serc, że stare mechanistyczne mity zmarły w Hiroszimie i że nadszedł kres przeszłości, a politycy nie mogą wypełnić duchowej próżni.
Nasza propozycją był "odlot" - naukowy, esperymentalno-neurologiczny. Zważywszy na to, że przednaukowe filozofie orientalne i ich zachodnie mistyczne odgałęzienia mówią niejasno o boskości zawartej w każdej osobie, postanowiliśmy operacjonalnie zredefiniować stare nauki i oferować eksperymentalny neoplatonizm. Twój mózg jest centrum twojego wszechświata. Staraj się odczytać podstawowy tekst w twoim systemie nerwowym. Ucz się, który z siedmiu rodzajów jogi narkotycznej działa na który obwód twojego systemu nerwowego; ucz się ustawiać, nakręcać i dostrajać swoją przestrzeń czasową. Potem zaś przyjmij pełną odpowiedzialność za realia, które wybrałeś.
Podłożem dla tej nowej metafizyki było przekonanie, że zaawansowanie współczesnej nauki czyni teraz możliwym rozwój zrozumienia systemu nerwowego, jego ewolucji zarówno jednostkowej jak i gatunkowej oraz wpływu chemicznych i elektronicznych pomocników na poszerzanie jego funkcji. Takie nowe zrozumienie pochodzenia i zastosowania świadomości prowadzi nas ku prawdzie naukowej filozofii samoodpowiedzialnej natury ludzkiej.
W 1960 roku każda inteligentna osoba znała następujące naukowe koncepcje, które z pewnością wpłynęły by na starożytnych filozofów, gdyby je tylko znali:
  • Równanie Einsteina dotyczące względności i kowariancji czasoprzestrzeni;
  • System nerwowy jako biokomputer stworzony z uporządkowanych ośrodków pośredniczących w odbiorze, przechowywaniu, analizie i transmisji przekazów;
  • Elementarna teoria komputerowa;
  • Technologia elektryczna i elektroniczna, umożliwiająca selektywność częstości, intensywność i czystość sygnałów;
  • Kod DNA jako źródło instrukcji dla konstruowania, utrzymywania i rozwijania tak ciała, jak i systemu nerwowego.
Posiadając te naukowe koncepcje i LSD jako klucz do ich realizacji, rozpoczęliśmy pisać i mówić publicznie o możliwościach nowej filozofii, nowej indywidualnej teologii naukowej.
W tym czasie (1963 rok) opuściłem Harvard, porzucając rolę zwykłego akademickiego naukowca i stałem się, nie wiedząc o tym, szamanem. Towarzyszyły temu powolne, nieśmiałe poszukiwania, nie pozbawione świadomego humoru. Na samym początku badania nad historią religii ujawniły, że rośliny psychedeliczne stosowane były wśród wielkich filozofii kultur przeszłości - Egiptu, Persji, Indii, Chin i Grecji - jako inicjacja w wiek dorosły, wejście na ścieżkę duchową oraz trening szamanów, proroków i specjalnych kapłanów, którzy odgrywali jawne i niezbędne , ceremonialne role publiczne. W tym właśnie czasie rozpocząłem osobistą praktykę hinduskiej Vedanty, buddyjskiej Tantry i technik taoistycznych, ażeby zrozumieć przepływ rozmaitych energii. Doszło również do "obowiązkowej pielgrzymki" do Indii.
W 1963 roku założyliśmy ośrodki treningów poszerzania świadomości, pismo naukowe i rozpoczęliśmy serię wykładów na temat naszych odkryć w tej dziedzinie. Zajmowaliśmy się w szczególności rozwojem neurologicznego języka werbalnych, jak i co istotniejsze, elektrycznych i elektronicznych środków komunikacji w rozszerzonej skali świadomości.
Nasza fundacja w Millbrook odwiedzana była przez muzyków, techników dźwięku, malarzy i specjalistów od świateł. Nowe style sztuki, które rozwinęliśmy (oparte na zdolnościach systemu nerwowego odbierania, syntetyzowania i transmitowania przyspieszonych, skondensowanych, multimedialnych przedstawień) zostały przejęte przez film i komercyjną telewizję.
Nasza praca zaczęła przynosić sukcesy. Miliony Amerykanów mniej lub bardziej zaakceptowały "filozofię głowy", wiarę że Ego i "Rzeczywistość Społeczna" są tylko fikcjami nerwowymi, zlepkami synaptycznych połączeń, mimowolnymi paranojami. Charakteryzował tą filozoficzną rewolucję tzw. neo-radykalny nominalizm, niewidoczne odejście od społecznych konwencji i lęków przez nie wytworzonych. Powszechne odrzucenie polityki, wojny, przemocy, służby wojskowej, rasizmu (białego i czarnego), karierowiczostwa, hipokryzji erotycznej, seksizmu, panującej religii, szowinistycznego traktowania mody, postawy i sztuki. Odrzucenie także pompatyczności umysł, również swojego oraz banalności samej filozofii hippisowskiej. Sygnał nadziei i wolności posłany został w świat. Usłyszeli go poeci w sowieckich więzieniach. I młodzi ludzie wszędzie.
Fala powrotna tego nowego przekazu nieuchronnie rozpoczęła się w 1966 roku, kiedy to Kongres rozpoczął batalię o kryminalizację LSD i tym podobnych narkotyków. Stanąłem w tym roku przed dwiema komisjami senackimi, dowodząc że leki zmieniające świadomość powinny być dysponowane przez lekarzy pod nadzorem federalnych i państwowych agencji zdrowia. Ostrzegałem, że jeśli kontrolę narkotyków odda się administracji prawnej, rezultatem będzie czarny rynek niesamowicie sprawniejszy niż podczas alkoholowej prohibicji i rozwój policyjno-państwowej biurokracji. A kto by tego tak naprawdę chciał?
Pozycja, jaką wtedy zajmowałem, była niewątpliwie radykalna i odosobniona. W istocie, podczas rządów Johnsona rozpętała się niezła batalia na ten temat. Naukowcy i lekarze dowodzili, że narkotyki powinny być dysponowane przez Departament Zdrowia, Oświaty i Opieki Społecznej, zaś słudzy prawa, i porządku opowiadali się za Departamentem Sprawiedliwości. Historia wykazała, że wielką katastrofą czasów Johnsona było skierowanie kontroli narkotyków w ręce policji. Zdelegalizowano LSD, a naukowcy prowadzący badania nad narkotykami postanowili to robić na własną rękę. Ogłoszono jeszcze jedną wojnę przeciwko herezji.
W latach tych hasło "nowej świadomości" było nierozłączne z pokojem, wyzwoleniem seksualnym, reformą edukacji, zrównaniem rasowym, ekologią i "końcem wyzysku". Myślę, że polityczna manifestacja była nieuchronna. Tak więc włączyłem się do obwodu. Mówiliśmy o pokoju, miłości i wyzwoleniu głowy.
Opowiadałem się nie za narkotykami, lecz za racjonalnym, filozoficznym, naukowym ich zrozumieniem. Był to czas publicznej i sądowej debaty. W amerykańskiej tradycji mile było widziane bronienie swoich przekonań. Każda decyzja sądowa i głosowanie świadczyły o budzeniu się "nowej świadomości". Ludzie spoglądali sobie w oczy i śmiali się wiedząc, że coś nowego dzieje się w ich głowach. Świat nasłuchiwał. Przekazy dochodziły do nas z rosyjskiego i brazylijskiego podziemia. Rewolucja lat 60-tych była neurologiczna.
Pojawienie się nowej filozofii zdarza się rzadko na rozdrożach historii. Zmiany polityczne, społeczne i ekonomiczne następują po zmianach w koncepcji natury ludzkiej. Rewolucja świadomości lat 60-tych oddaliła każdego od instytucji i zasad moralnych na których to społeczeństwo było budowane. Systematyczne kwestionowanie ortodoksji nieuchronnie doprowadziło do kontrreformacji Nixona, próby przywrócenia starego porządku przy pomocy policyjnej władzy. Ale historia Inkwizycji uczy nas, że nie da się przeforsować filozoficzno-kulturowych treści bez posądzeń o herezję, ataków prawa, prowokacyjno-szpiegowskich prześladowań i represji ze strony tajnej policji...
Następną klasyczną reakcją wobec upadku autorytetów jest egzystencjalna samotność. Kiedy już przyjąłeś, że twój system nerwowy tworzy twoją rzeczywistość, gdzie miałbyś szukać swoich przewodników. Odrębność, indywidualizm i utopijny optymizm lat 60-tych został zniszczony przez gwałtowną reakcję. Filozoficzną próżnię tymczasowo wypełniły renesans starych dogmatów przyłożonych do nowych energii: doświadczalne chrześcijaństwo, zhomogenizowany buddyzm, telewizyjny hinduizm. Te pesymistyczne, nostalgiczne wiary służyły przemianie, zdołowaniu i upupieniu eksplozywnej ekspansji ostatniej dekady. Odlotowcy-Jezusowcy to długowłose czerwone kołnierzyki. Maharishi jest agentem CIA. Można by dalej mnożyć.
Wierzę, że nowa filozofia zostanie stworzone przez tych, którzy narodzili się po Hiroszimie, która dramatycznie zmieniła kondycję ludzką. Powinna się składać z następujących elementów:
  1. Być naukową w treści i fantastyczno-naukową w formie;
  2. Opierać się na poszerzeniu świadomości, zrozumieniu swojego systemu nerwowego, co pozwoli osiągnąć intelektualną skuteczność i emocjonalną równowagę;
  3. W polityce kłaść nacisk na indywidualizm, decentralizację władzy, tolerancję różnic zgodnie z zasadą "żyj i daj żyć innym", działanie lokalne i "myślenie o swoim interesie";
  4. Kontynuować trend ku otwartej seksualnej ekspresji, przy realistycznym dostrzeganiu równouprawnienia i zróżnicowania płci. Religijnym symbolem mitycznym nie będzie mężczyzna na krzyżu, lecz para męsko-damska złączona w komunii wyższej miłości;
  5. Poszukiwać objawienia i Wyższej Inteligencji nie w formalnych rytuałach adresowanych do antropomorficznego bóstwa, lecz w procesach naturalnych, systemie nerwowym, kodzie genetycznym, nie omieszkając prób komunikacji kosmicznej;
  6. Zawierać praktyczne, techniczne procedury neurologiczno-psychologiczne dla zrozumienia i posługiwania się wiadomościami o nieśmiertelnej harmonii ukrytymi w procesie umierania;
  7. Być nacechowana hedonistycznymi, estetycznymi, nieustraszonymi, optymistycznymi i miłosnymi uczuciami.
Doświadczamy teraz cichego okresu przygotowawczego. Każdy wie, że coś ma się zdarzyć. Nasiona lat 60-tych wypuściły korzenie. Niedługo mają zakwitnąć.

Tłumaczenie: Dariusz Misiuna




Wydawinictwo Okultura





Posted in |

Asasyni
Hakim Bey

Fragment książki Poetycki Terroryzm




Nocą Hassan-ibn Sabbah niczym ucywilizowany wilk w turbanie wychyla się przez parapet i ponad ogrodem patrzy groźnie w niebo, zapamiętując konstelacje herezji w bezmyślnym, chłodnym powietrzu pustyni. To prawda: ten mit niektórym ambitnym uczniom wyda rozkaz rzucenia się z muru obronnego w samo serce czarnej otchłani – ale jest też prawdą, że kilku nauczy się latać niczym czarnoksiężnicy.
W umyśle pozostaje symbol Alamout, mandala albo magiczny krąg utracony wprawdzie dla historii, ale za to osadzony, wręcz wytrawiony w świadomości. Starzec niczym duch wnika do namiotów królów i sypialń teologów, pokonując wszystkie zamki i strażników za pomącą zapomnianych technik Islamu/nindża: zostawia za sobą złe sny, sztylety na poduszkach[1], sążniste łapówki.
Wonny olejek jego propagandy wsącza się w przestępcze marzenia o ontologicznym anarchiźmie, heraldyka naszych obsesji demonstruje świetliście-czarne, wyjęte spod prawa sztandary Asasynów… pretendentów do tronu Wyimaginowanego Egiptu, okultystycznego przestrzenno świetlnego continuum trawionego przez jeszcze-nie-wymyślone swobody


Przekład: Jan Karłowski

[1] Zwykłe ryzyko znalezienia się na ezo-terrorystycznej czarnej liście było dla większości ludzi wystarczającym powodem ażeby odstąpić od działań przeciwko znienawidzonym heretykom. Jeden teolog był najpierw straszony nożem (który pozostawiono mu na poduszce kiedy spał), potem zaś został przekupiony złotem. Kiedy jego uczniowie spytali dlaczego wstrzymał się od potępiania Alamut ze swojego pulpitu, odpowiedział że argumenty Ismailitów były ‘zarówno ważkie, jak i ostre’.
Hakim Bey
Przekład Conradino Beb



Bill Laswell, Hakim Bey – The Assassins







Posted in , , , , |

Tong
Hakim Bey

Fragment książki Obelisk i inne eseje


Tong
„Mandaryni czerpią swą potęgę z praw; lud - z tajnych stowarzyszeń.”
(przysłowie chińskie)

Ubiegłej zimy przeczytałem książkę o chińskich tongach
(Primitive Revolutionaries of China: A Study of Secret Societies in the Late Nineteenth Century, Fei-Ling Davis; Honolulu 1971- 1977 23) – prawdopodobnie pierwszą pozycję na ten temat napisaną przez kogoś, kto nie był brytyjskim agentem! (Autorka była chińską socjalistką – umarła młodo, a to była jej jedyna książka). Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, co tak bardzo pociągało mnie w tongach: nie tylko romantyzm, elegancki dekadentyzm chińskiego entourage’u, z pewnością tam obecne, ale także ich forma, struktura, sama ich istota. Jakiś czas później odkryłem, w doskonałym wywiadzie z Williamem S. Burroughsem w magazynie Homocore 24, że i jego zafascynowały tongi – zasugerował on, że to idealna forma organizacji dla pedałów, szczególnie dziś, w czasach grząskiej gównianej histerii i moralizmu. Popieram ten pomysł i polecam go wszelkim niewielkim grupom, tym szczególnie, których aktywność pozostaje nielegalna (palacze gandzi, seksualni odmieńcy, powstańcy) lub szczególnie ekscentryczna (nudyści, poganie, postawangardowi artyści itd.) Tong najlepiej zdefiniować jako stowarzyszenie wzajemnej pomocy dla ludzi o nielegalnych lub marginalizowanych zainteresowaniach, z których wynika potrzeba zachowania tajemnicy. Wiele chińskich tongów zajmowało się przemytem, oszustwami podatkowymi i nieoficjalną kontrolą pewnych zawodów (pozostając w opozycji do kontroli państwowej) lub też stawiało sobie rewolucyjne cele religijne bądź polityczne (np. obalenie dynastii mandżurskiej, niektóre tongi współpracowały z anarchistami w Rewolucji 1911 roku). Wspólną cechą tongów były wpisowe oraz składki pobierane i inwestowane w celu zapewnienia funduszy dla pozbawionych pracy, wdów i sierot po zmarłych członkach, na wypadek pogrzebów itp.

W naszych czasach, gdy ubodzy rzucają się między zrakowaciałą Scyllą składek ubezpieczeniowych i zanikającą Charybdą pomocy społecznej, ten aspekt tajnych stowarzyszeń może odzyskać swój urok. (Na tej samej zasadzie zorganizowano loże masońskie, wczesne nielegalne unie handlowe i „zakony rycerskie” dla robotników i rzemieślników). Kolejną wspólną cechą było organizowanie życia towarzyskiego, szczególnie bankietów – lecz nawet te z pozoru niewinne aktywności posiadać mogły rewolucyjne implikacje. Na przykład, podczas rozmaitych fermentów we Francji, w czasie gdy wszelkie formy publicznych spotkań były zakazane, tzw. „obiady” przejmowały na siebie rolę radykalnych organizacji. Jakiś czas temu rozmawiałem na ten temat z P.M., autorem bolo’bolo 25 (wydane przez Semiotext(e) Foreign Agents Series), usiłując przekonać go, że tajne organizacje znów są interesującą propozycją dla grup nastawionych na autonomię i rozwój jednostki. Nie chciał się ze mną zgodzić, ale nie - jak się spodziewałem - z powodu „elitarności” implikowanej przez tajność. Uważał raczej, że taka forma organizacji sprawdza się najlepiej w grupach o silnej wewnętrznej strukturze mocnych więzów ekonomicznych, etnicznych/regionalnych czy religijnych, którego to warunku nie spełnia współczesna scena kontrkulturowa. W zamian zaproponował powstanie wielofunkcyjnych lokalnych ośrodków, koszt utrzymania których ponoszony będzie wspólnie przez różne grupy o wyspecjalizowanych polach zainteresowań i niewielkich potrzebach materialnych (rzemieślnicy, kafejki, niezależne sceny). Ośrodki takie posiadałyby (dający im formę prawną) oficjalny status, będąc jednocześnie miejscem wszelkich działań nieoficjalnych – czarnego rynku, tymczasowych organizacji „protestacyjnych”, działań powstańczych, „przyjemności” poza kontrolą i życia towarzyskiego pozostającego poza nadzorem. W odpowiedzi na tę krytykę, zamiast porzucić swój pomysł, zmodyfikowałem go. Silnie hierarchiczna struktura tradycyjnego chińskiego tongu w oczywisty sposób nie mogłaby zadziałać, jednak niektóre z form mogłyby zostać zachowane i wykorzystane w taki sam sposób, w jaki odznaczenia i tytuły są wykorzystywane w naszych „wolnych religiach” (albo „dziwnych” religiach, „niby-religiach”, anarcho-neo-pogańskich kultach itp.). Niezhierarchizowana organizacja przemawia do nas, ale w taki sam sposób przemawiają też rytuały, kadzidła, cudowna pompatyczność okultystycznych zakonów – co można by nazwać „estetyką tongów” – więc dlaczego nie mielibyśmy i mieć ciastko, i zjeść ciastko? (Szczególnie, jeśli to marokański majoun albo baba au absinthe26 – coś choć troszeczkę zakazanego!).

Mimo wszystko, tong powinien być dziełem sztuki. Surowa, tradycyjna reguła sekretu również wymaga modyfikacji. W dzisiejszych czasach wszystko, co umknie kretyńskiemu dotknięciu reklamy, automatycznie staje się niemal całkowicie tajne. Większość ludzi zdaje się nie wierzyć w realność czegoś, czego nie widać w telewizji – tak więc ucieczka przed telewizją daje poczucie quasi-niewidzialności. Na dodatek rzeczy przekazywane przez media nabierają pewnej nierealności i tracą na sile (nie będę tracił tu czasu na obronę tej tezy – wskażę tylko czytelnikowi pewną linię myślenia: od Nietzschego do Benjamina do Bataille’a27 do Barthesa 28 do Foucaulta do Baudrillarda). Dla kontrastu, właśnie to, co niewidziane, nabiera przez to realności, zakorzenia się w codziennym życiu, a przez to zyskuje szansę cudowności. Tak więc współczesny tong nie może być elitarny – nie ma jednak powodów by nie był wybredny. Wiele niezależnych organizacji zadusiło się wątpliwą zasadą swobodnego członkowstwa, które prowadzi często do przewagi dupków, pieniaczy, psujów, jękliwych neurotyków i policyjnych agentów. Jeśli tong skupia się na jakimś celu (szczególnie nielegalnym lub niszowym), to z pewnością ma prawo posługiwać się zasadą grupy „wspólnych zainteresowań”. Jeśli tajność oznacza a) unikanie rozgłosu i b) weryfikację członków, trudno oskarżać „tajne stowarzyszenie” o naruszanie anarchistycznych zasad. Stowarzyszenia takie zapisały długą i godną podziwu kartę w historii walki z autorytaryzmem – począwszy od marzenia Proudhona o nowym Świętym Vehmie29 jako swoistym „Sądzie Ludowym”, przez rozmaite działania Bakunina30, do „Wędrowców” Duruttiego31. Nie pozwólmy marksistowskim historykom wmówić nam, że środki takie są „pierwotne” i z tego powodu zostały porzucone przez „Historię”. Nieomylność „Historii” jest co najmniej wątpliwym założeniem. Nie interesuje nas powrót do pierwocin, ale powrót pierwotności – pierwotność poddana została bowiem „represji”.

W dawnych czasach tajne stowarzyszenia powstawały w miejscach i czasach zakazanych przez Państwo, to znaczy gdy prawo nakazywało ludziom trzymać się z dala od siebie. Dzisiaj nie rozdzielają nas prawa, ale zapośredniczenie i wyobcowanie (zobacz część 1 – Bezpośredniość). Tajność staje się więc unikaniem zapośredniczenia, a życie towarzyskie z drugorzędnego staje się pierwszorzędnym celem „tajnych stowarzyszeń”. Zwykłe spotkanie twarzą w twarz już samo w sobie jest działaniem przeciwko siłom, które gnębią nas samotnością, izolacją i medialnym transem. W społeczeństwie schizoidalnego rozziewu pomiędzy Pracą a Rozrywką nasz „wolny czas” ulega trywializacji – staje się czasem, który nie jest już ani pracą, ani rozrywką. (Słowo „wakacje” oznaczało kiedyś czas „pusty”, podczas gdy teraz oznacza czas zorganizowany i wypełniony przez przemysł wypoczynkowy). Tak więc celem towarzyskiego życia sekretnego stowarzyszenia staje się nadanie wartości i własnoręczne zagospodarowanie wolnego czasu. Na większości przyjęć słucha się głośno muzyki i wypija morze wódki nie dlatego, że to lubimy, ale dlatego, że Imperium Pracy wsączyło nam przeświadczenie, że czas bez zajęcia jest czasem straconym. Przyjęcie, na którym tkałoby się gobelin czy śpiewało wspólnie madrygały, trąci nieco myszką. Współczesny tong uzna jednak, że wolny czas wyrwany ze świata komercji i poświęcony wspólnej twórczości i zabawie jest zarówno potrzebny, jak i przyjemny.

Znam kilka stowarzyszeń zorganizowanych na podobnych zasadach, z pewnością jednak nie będę dyskutował o nich na piśmie, naruszając ich sekretny charakter. Istnieją ludzie, którzy nie potrzebują 15 sekund na antenie, żeby poczuć, że żyją. Oczywiście, niezależne wydawnictwa i niszowe radia (jedyne media, w których ukażą się te kazania) i tak są praktycznie przeźroczyste, umykając czujnym spojrzeniom Kontroli. Niemniej, zasada jest jedna: tajemnice muszą pozostać tajemnicami. Nie wszyscy muszą wszystko wiedzieć. W XX wieku najbardziej brakowało (i najbardziej potrzebowano) taktu. Epistemologia demokratyczna musi zostać zastąpiona „epistemologią dadaistyczną” (Feyerabend 32). Albo wsiadasz do tego autobusu, albo zostajesz. Niektórzy nazwą to elitarnym podejściem, choć nie będą mieli racji – przynajmniej nie w milssowskim33 rozumieniu tego słowa: małej grupy, która wywiera nacisk na ludzi spoza tej grupy w celu wzmocnienia swej siły. Bezpośredniość nie zajmuje się stosunkami władzy, nie chce rządzić ani być zarządzana. Współczesny tong nie raduje się, gdy instytucje degenerują w konspiracji – pragnie jedynie środków dla realizacji wspólnych celów.

Tong jest związkiem jednostek, które wybrały się wzajemnie jako beneficjentów szczodrości całej grupy, jej - by użyć tu sufickiego terminu - „ekspansywności”. Jeśli to ma być „elitaryzm”, niech i tak będzie. Jeśli więc Bezpośredniość zaczyna się od grupy przyjaciół, których celem jest nie tylko wyjście z izolacji, ale także poprawa życia innych, w krótkim czasie przybierze inną formę – zalążek samoustanowionej wspólnoty sojuszników, pracującej nad (bawiącej się) odbieraniem coraz większej przestrzeni i czasu zapośredniczonej strukturze i mechanizmom kontroli. Wkrótce związek taki przerodzi się w poziomą sieć niezależnych grup – wkrótce stanie się „tendencją”, następnie „ruchem”, następnie dynamiczną siecią „tymczasowych stref autonomicznych” 34. W końcu wywalczy sobie prawo, by stać się jądrem nowego społeczeństwa, które rodzi się wśród rozsypujących się skorup starego. Wszystkie te cele realizować można w ramach nieoficjalnego schronienia tajnego stowarzyszenia – płaszcza niewidki, który odrzucić będzie można tylko w przypadku ostatecznej rozprawy z Babilonem Zapośredniczenia.
Szykujcie się do Wojny Tongów!




23 Nieprzetłumaczone na język polski.
24 Homocore, nr 7/1991, [w:] www.wps.com/archives/HOMOCORE.
25 P.M. – znany jedynie pod tymi inicjałami autor bolo’bolo (1983) – anarchistycznej
antyutopii wydanej w 1983 roku. „Bolo” to nazwa wymyślonych prze niego autonomicznych
komun.
26 Majoun - marokański deser złożony z liści marihuany, suszonych owoców, orzechów,
miodu i przypraw. Baba au absinthe - francuskie ciasto ponczowe, zawierające dużą ilość
alkoholu. Tradycyjnie był to rum, ale w formie zakazanej zastąpił go absynt.
27 Georges Bataille (1897-1962) – francuski myśliciel i filozof.
28 Roland Barthes (1915-1980) – francuski filozof, krytyk literacki i teoretyk semiologii.

29 Święty Vehm (niem. Vehmgericht) – średniowieczny tajny związek, który powstał
w Westfalii. Za swoją misję uznał osądzanie przestępców, najczęściej skazując na
śmierć.
30 Michał Bakunin (1814-1876) – rosyjski filozof i rewolucjonista, nazywany jest
„ojcem anarchizmu”.
31 Buenaventura Durruti (1896-1936) – hiszpański anarchista. W 1922 roku założył
wraz z innymi działaczami zbrojną grupę Los Solidarios, zwaną inaczej Wanderers
(Wędrowcy) z racji podróżniczego stylu życia. Zasłynęli obrabowaniem Banku Hiszpanii
oraz zabójstwem kardynała Juana Soldebilli y Romera.
32 Paul Feyerabend (1924-1994) – amerykański filozof pochodzenia austriackiego,
autor Przeciw metodzie. Twórca anarchizmu metodologicznego, który wychodził
z założenia, że „wszystko wolno”. Z czasem zaczął określać siebie bardziej jako dadaistę
niż anarchistę.
33 Charles Wright Mills (1916-1962) - amerykański socjolog. W swojej książce The
Power Elite (1956) zajął się elitami - przywódcami wojskowymi, liderami politycznymi
i ekonomicznymi, którzy wg niego są w stanie bez ograniczeń manipulować
społeczeństwem.
34 Więcej w wydanej po polsku książce Hakima Beya Poetycki terroryzm, Stowarzyszenie
Tripanacja 2003.




Przekład: Patryk Balawender, Dariusz Czywilis,
Mateusz Janiszewski, Małgorzata Januszkiewicz,
Agnieszka Kąkol i Jakub Kowalski
Stowarzyszenie Viral & Miligram 2009


Posted in , , |

Drugi Potop
Pierre Delvy



Fragment raportu "Deuxieme Deluqe" [Drugi Potop]
przygotowanego na zlecenie Komisji Kultury Rady Europy.

Wstęp: Potopy

W wywiadzie udzielonym w latach pięćdziesiątych Albert Einstein stwierdził, że w XX wieku wybuchły trzy potężne bomby: demograficzna, atomowa i telekomunikacyjna. To, co Einstein określił jako bombę telekomunikacyjną, mój przyjaciel Roy Ascott (jeden z pionierów i głównych teoretyków sztuki sieci), w obrazowym języku artysty nazwał "drugim potopem", potopem informacji. Telekomunikacja pociąga za sobą rodzaj potopu z powodu wykładniczego, wybuchowego i chaotycznego charakteru swego rozwoju. Liczba brutto dostępnych danych powiększa się i to coraz szybciej. W bankach informatycznych, hipertekstach i sieciach coraz bardziej zagęszczają się więzi między informacjami. Ludzie samowolnie nawiązują kontakty. To chaotyczny zalew informacji, strumień danych, niespokojne wody i zawirowania komunikacji, kakofonia i ogłuszający jazgot mediów, wojna obrazów, propagandy i kontrpropagandy, zamęt w umysłach. Bomba demograficzna jest także rodzajem potopu, niespotykanym zalewem demograficznym. W 1900 roku na ziemi żyło nieco ponad półtora miliarda ludzi. W 2000 roku będzie ich około 6 miliardów. Ludzie zalewają ziemię. Tak szybki i tak powszechny przyrost nie ma precedensu w całej historii.

I w końcu bomba atomowa. Potencjalnie zdolna do eksterminacji naszego gatunku symbolizuje niszczący charakter potopu. Terroru, prześladowań, głodu i masakr doświadczyliśmy w naszym stuleciu bardziej niż kiedykolwiek. Bomba atomowa - zastosowana broń, realna groźba i obietnica apokalipsy dla całego przyrostu demograficznego - przeciwstawia potop gwałtu potopowi demograficznemu. Genezis VI.5. "Kiedy zaś Jahwe widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe zesłał na ziemię potop". Bóg podjął więc próbę zgładzenia człowieka. To znaczy ludzie zdecydowali o własnym zniszczeniu. Co gorsza zaczęli to robić. Potop, walące się zapory, zrywane tamy, wysoka fala, niemożliwy do opanowania zalew odzwierciedla niepowstrzymany wzrost przemocy. Potop jest powszechną przemocą, zażartą wojną i klęską ekologiczną. Starcie człowieka z powierzchni ziemi nie jest karą boską, ale pokusą człowieka, fatalizmem samounicestwienia.

W obliczu niepowstrzymanego strumienia ludzkiego istnieją dwa przeciwstawne rozwiązania. Albo wojna, w jakiejkolwiek formie, pełna pogardy dla ludzkości, która jej doświadczy. A więc życie ludzkie traci swą wartość. Człowiek jest traktowany jak bydło lub jak mrówka. Wygłodzony, przerażony, wykorzystywany, deportowany, masakrowany.

Albo pochwała ludzkości, traktowanej jako nadrzędna wartość, jako cudowne, bezcenne zasoby. Aby Wartości nadać wartość, mimo trudności i konfliktów, niestrudzenie podejmujemy się nawiązania więzi między ludźmi różnego wieku i różnej płci, między narodami i kulturami. Drugie rozwiązanie, którego symbolem jest telekomunikacja, zakłada uznanie bliźniego, wzajemny kontakt, pomoc, współpracę, stowarzyszanie, negocjowanie, niezależnie od różnic poglądów i interesów. Telekomunikacja rzeczywiście daje możliwość przyjacielskich kontaktów na całym świecie, zgodnych z umową transakcji, przekazywania wiedzy, wymiany umiejętności i pokojowego odkrywania różnic.

Zgrupowanie ludzi o różnych horyzontach w jednej otwartej i interaktywnej tkance jest sytuacją całkiem niespotykaną i obiecującą, gdyż jest to pozytywna reakcja na przyrost demograficzny. Jest jednak także źródłem nowych problemów. Pragnąłbym poruszyć kilka kwestii wynikających z niezwykłego rozwoju cyberprzestrzeni (zwłaszcza tych, które związane są z kulturą: sztuka, edukacja lub urbanistyka), uzależnionych od interaktywnego, coraz powszechniejszego komunikowania się. W obliczu zalewu informacji refleksja nad pierwszym potopem ułatwi nam może stawienie czoła nowym czasom. Gdzie jest Noe? Co zabrać do arki?

Noe tworzy z chaosu niewielką, dobrze uporządkowaną całość. Dokonuje selekcji niezliczonych danych. Kiedy wszystko się wali, on troszczy się o to, by przetrwać, czyli przekazać informację. Mimo powszechnej paniki gromadzi z myślą o przyszłości.

Genezis VII.16 "Jahwe zamknął za nim". Arka jest zamknięta. Symbolizuje odtworzoną całość. Kiedy wszechświat szaleje, zorganizowany mikrokosmos odzwierciedla porządek przyszłego makrokosmosu. Ale czy wielki wszechświat będzie kiedyś podlegał jednolitemu porządkowi? Systemy, teorie, hierarchie wiedzy mogą na zewnątrz spowodować potop danych i idei. Nie znają nieporządku, a raczej otwartej wielorodności możliwych porządków. Ale wielorakość dojdzie wreszcie do głosu. Zalew informacji będzie trwał bez końca. Arka nie osiądzie na górze Ararat. Drugi potop nigdy się nie skończy. Ocean informacji jest bez dna. Potop to nowa kondycja, z którą musimy się pogodzić. Nauczmy nasze dzieci pływać, utrzymywać się na powierzchni, a może nawet sterować. Wśród powszechnego falowania jedno jest pewne: idea stałego lądu jest przedpotopowa.

Patrząc przez okienko swej arki, Noe, to znaczy każdy z nas, jak okiem sięgnąć widzi inne arki. Płyną po wzburzonym oceanie komunikacji numerycznej. Każda z nich dokonała własnej selekcji. Każda pragnie ocalić różnorodność. Każda chce przekazać informację. Arki będą dryfować bez końca po powierzchni wód.

Oto jedna z głównych tez tego opracowania: cyberkultura jest przejawem tworzenia nowej uniwersalności. Od dotychczasowych form kulturowych różni ją to, że wykorzystuje nieokreśloność wszelkiego ogólnego znaczenia. Rzeczywiście, im bardziej cyberkultura rozprzestrzenia się, staje się "uniwersalna", tym trudniej totalnie ująć świat informacji. Pozbawiona totalności uniwersalność jest paradoksalną istotą cyberkultury. Jest w pełni zrozumiała jedynie wtedy, gdy umieści się ją w perspektywie dotychczasowych przeobrażeń komunikacji.

W społeczeństwach wykorzystujących przekaz ustny komunikaty, zawsze odbierano w kontekście, w jakim powstawały. Wraz z pojawieniem się pisma, teksty odrywają się od żywego kontekstu, z którego się wywodzą. Można przeczytać wiadomość spisaną przed pięcioma wiekami lub zredagowaną w odległości pięciu tysięcy kilometrów, co często rodzi poważne problemy związane z odbiorem i interpretacją. Aby poradzić sobie z takimi trudnościami, niektóre rodzaje wiadomości są tworzone specjalnie tak, by zachować jednakowe znaczenie niezależnie od kontekstu odbioru (miejsce i epoka): są to wiadomości "uniwersalne" (dotyczą nauki, religii, praw człowieka itp.). Owa uniwersalność powstaje dzięki swoistemu zamknięciu lub niezmienności znaczenia. Uniwersalność oparta na statycznym zapisie jest więc "totalizująca". Zgodnie z moją hipotezą, cyberkultura umożliwia współobecność przekazu i jego kontekstu, który istniał w społeczeństwach przekazu ustnego, choć na inną skalę i na innej orbicie. Nowa uniwersalność nie wynika już z samowystarczalności te-kstów, stałości lub niezależności znaczeń, mniej istotnych, gdy zagłębiamy się w sieciach. Tworzy się i rozprzestrzenia dzięki wzajemnemu połączeniu wiadomości, ich stałemu kontaktowi z tworzonymi wirtualnie społecznościami, które nasycają je ciągle zmieniającym się bogactwem znaczeń.

Arka pierwszego potopu była jedyna, szczelna, zamknięta, totalizująca. Arki drugiego potopu płyną w towarzystwie. Wymieniają sygnały i zwierzęta. Wzajemnie się zapładniają. Zawierają niewielkie całości, nie pretendując do uniwersalizmu. Tylko potop jest uniwersalny. Ale nie sposób ująć go kompleksowo. Noego trzeba wyobrazić sobie jako kogoś skromnego.

Genezis VII.23 "Wszystko zostało doszczętnie wytępione z ziemi. Pozostał tylko Noe i to, co z nim było w arce". Ratunkowa akcja Noego wydaje się niemal dopełnieniem eksterminacji. Pretendująca do uniwersalności totalność zatapia to, co odrzuciła. Tak tworzą się cywilizacje i umacnia imperialna uniwersalność. W Chinach Żółty Cesarz rozkazał zniszczyć niemal wszystkie teksty powstałe przed jego panowaniem. Który Cezar, który zwycięski barbarzyńca kazał spalić bibliotekę Aleksandrii, aby uporać się z helenistyczną graciarnią? Hiszpańska inkwizycja rozniecała stosy, na których szedł z dymem Koran, Talmud i niezliczone dzieła pełne natchnienia i przemyśleń. Potworne stosy hitlerowskie, książki palone na placach Europy, gdzie dogorywała inteligencja i kultura. Pierwsze próby zatarcia śladów miały być może miejsce w najstarszym z imperiów, w Mezopotamii, skąd pochodzi pismo i opis potopu wcześniejszy od Biblii. Sargon d'Agade, król czterech państw, pierwszy w historii cesarz, kazał wrzucić do Eufratu tysiące glinianych tabliczek zawierających prastare legendy, zalecenia mędrców, podręczniki medycyny i magii spisywane przez całe pokolenia skrybów. Przez chwilę jeszcze czytelne, znaki zatarły się pod wpływem działania wody. Porwane przez wiry, wygładzone przez prądy, tabliczki pomału rozmiękały, stając się gładkimi krążkami gliny. Wkrótce wtopiły się w błota rzeki i zamieniły w nanoszony powodzią muł. Głosy umilkły na zawsze. Nie doczekają się echa ani odpowiedzi.

Nowy potop nie zaciera jednak śladów pozostawionych przez umysł. Unosi je wszystkie razem. Nie sposób spalić owej płynnej, wirtualnej, równocześnie gromadzonej i rozrzucanej biblioteki Babla. Niezliczone głosy dźwięczące w cyberprzestrzeni będą nadal podnosiły się i odpowiadały sobie echem. Wody potopu nie zatrą wyrytych znaków, bo same są jego strumieniem.

Telekomunikacja może jednak służyć prowadzeniu wojny. Choć równowaga strachu utrzymała pozory pokoju, nic nie jest proste. Ale skupmy przez chwilę uwagę na podstawowym przeznaczeniu i działaniu potężnego narzędzia, jakim jest telekomunikacja. Bomba zabija. Telefon czy Internet umożliwiają komunikowanie. Po raz pierwszy w tym stuleciu stali i szaleństwa, obydwa stworzyły konkretną jedność gatunku ludzkiego. Śmiertelne zagrożenie całego gatunku za sprawą bomby atomowej, planetarny dialog za sprawą telekomunikacji.

Technonauka zrodziła zarówno ogień nuklearny, jak i interaktywne sieci. Jednak ani zbawienie, ani potępienie nie wynikają z "Techniki". Zawsze ambiwalentne, techniki rzutują w świat materialny nasze emocje, zamiary i projekty. Zbudowane przez nas urządzenia dają nam władzę. Ale wybór jest w naszych rękach i ciąży na nas zbiorowa odpowiedzialność. Net czy napalm? Pokusa zamknięcia czy uniwersalne otwarcie?



Techniczna infrastruktura wirtualności

Pojawienie się cyberprzestrzeni

Pierwsze komputery (programowane kalkulatory z zarejestrowanym programem) pojawiły się w Anglii i Stanach Zjednoczonych w 1945 roku. Przez długi czas stosowano je tylko w armii do prowadzenia naukowych obliczeń. Do powszechnego użytku weszły w latach sześćdziesiątych. Już wówczas łatwo było przewidzieć, że możliwości sprzętu komputerowego będą nieustannie rosły. Nikt jednak nie przypuszczał - oprócz kilku wizjonerów -że powszechna wirtualizacja informacji i komunikacji tak bardzo wpłynie na podstawowe parametry życia społeczeństw. Komputery były w tamtych czasach ogromnymi maszynami do liczenia, nietrwałymi, odosobnionymi w oziębianych pomieszczenich, z perforowanymi kartami podawanymi przez naukowców w białych fartuchach. Od czasu do czasu wypluwały nieczytelne listingi. Informatyka służyła obliczeniom naukowym, statystykom państwa i potężnych firm oraz rozbudowanemu zarządzaniu (np. listy płac).

Prawdziwy przełom nastąpił w latach siedemdziesiątych. Opracowanie i komercjalizacja mikroprocesora (jednostka obliczeń arytmetycznych i logicznych w postaci małego układu scalonego) uruchomiła szereg procesów ekonomicznych i społecznych o wielkim zasięgu.

Rozpoczęła się nowa faza automatyzacji produkcji przemysłowej: robotyzacja, numerycznie sterowane obrabiarki itp. Rozpoczęła się też automatyzacja niektórych dziedzin, takich jak banki i ubezpieczenia. We wszystkich sektorach gospodarki rozpowszechniły się następnie systematyczne działania mające na celu wzrost produktywności dzięki kompleksowemu zastosowaniu aparatury elektronicznej, komputerów oraz sieci komunikacji informatycznej. Tendencja ta utrzymuje się do dziś.

Ponadto, z kontrkultury zrodził się w Kalifornii prawdziwy ruch społeczny, który sięgnął po nowe możliwości techniczne i wydał komputer osobisty. Od tego czasu komputer wymknął się działom informatycznym dużych przedsiębiorstw i zawodowym programistom, by stać się narzędziem pozwalającym na tworzenie (teksty, obrazy, muzyka), organizowanie (bazy danych, arkusze kalkulacyjne), symulowanie (arkusze kalkulacyjne, wspomaganie podejmowanych decyzji, programy badawcze) oraz rozrywkę (gry), narzędziem dostępnym coraz większej grupie ludności krajów rozwiniętych.

W latach osiemdziesiątych pojawiły się współczesne multimedia. Informatyka stopniowo utraciła swój status techniczny i przemysłowy, wtapiając się w telekomunikację, działalność wydawniczą, kino i telewizję. Zapis numeryczny wkroczył najpierw do produkcji i nagrań muzyki. Nieco później pojawiły się nowe formy przekazu interaktywnego. Lata osiemdziesiąte to sukces gier video i tryumf przyjaznej dla użytkownika informatyki (interfejsy graficzne i interakcje sensoryczno-motoryczne, hiperdokumenty, CD-ROM). Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych szybko nabrał światowego znaczenia nowy ruch społeczny i kulturalny powstały wśród młodych profesjonalistów wielkich metropolii i amerykańskich uniwersytetów. Nie kierowany przez jakąkolwiek instancję centralną, nastąpił proces łączenia różnych sieci komputerowych powstających od końca lat siedemdziesiątych. W szalonym tempie wzrosła nagle liczba osób i komputerów przyłączonych do tej sieci. Jak w wypadku wynalezienia komputera osobistego, spontaniczny i nieprzewidywalny trend kulturowy narzucił nowy bieg rozwojowi techniczno-ekonomicznemu. Technologie numeryczne pojawiły się wówczas jako infrastruktura cyberprzestrzeni, nowa przestrzeń umożliwiająca komunikację, towarzyskie kontakty, organizowanie się i prowadzenie transakcji. Powstał także nowy rynek informacji i wiedzy. Nie interesuje nas technika jako taka. Konieczne jest jednak ukazanie najważniejszych tendencji współczesnej ewolucji technicznej, aby czytelnik mógł świadomie śledzić towarzyszące jej przemiany społeczne i kulturowe. W tej dziedzinie należy uwzględnić przede wszystkim wykładniczy wzrost możliwości sprzętu (szybkość obliczeń, pojemność pamięci, przepływ informacji) połączony ze stałym spadkiem jego cen. Równolegle, oprogramowania wykorzystują konceptualne i teoretyczne udoskonalenia, na jakie pozwala większa moc sprzętu. Niezależnie od aparatury i sieci, producenci programów poświęcają się tworzeniu coraz bardziej "transparentnej" i dostępnej przestrzeni pracy oraz komunikacji.

Wpływ wirtualności na zwyczaje społeczeństw musi uwzględnić stałe dążenie do zwiększania mocy, obniżania kosztów oraz przekraczania dotychczasowych granic, nie zaś zakładać niezmienność technicznych i ekonomicznych ram. Wszystko wskazuje na to, że owe trzy tendencje będą kontynuowane w przyszłości. Nie można natomiast przewidzieć ilościowych zmian, które przyniesie owa fala, ani też sposobu, w jaki wykorzysta i podporządkuje je sobie społeczeństwo. Tu właśnie dojdzie do zderzenia różnych projektów, zarazem technicznych, ekonomicznych, jak i społecznych.



Zapis numeryczny, czyli wirtualizacja informacji
Rozdział ten jest poświęcony nowym aspektom przekazów mnożących się w komputerach i sieciach komputerowych, jak hiperteksty, hiperdokumenty, interaktywne symulacje i światy wirtualne. Podejmę próbę wyjaśnienia faktu, iż rozumiana w bardzo ogólny sposób wirtualność jest wyróżniającą cechą nowego oblicza informacji.

Ogólnie o wirtualności

Uniwersalizacja cyberkultury upowszechnia współobecność i interakcje wszelkich punktów przestrzeni fizycznej, społecznej lub informacyjnej. Tak ujęta, jest ona komplementarna wobec drugiej zasadniczej tendencji, jaką jest wirtualizacja.

Termin "wirtualność" może mieć co najmniej potrójne znaczenie: techniczne (w powiązaniu z informatyką), ogólne oraz filozoficzne. Fascynację wywołaną rzeczywistością wirtualną zawdzięczamy w dużej mierze pomieszaniu tych trzech znaczeń. W ujęciu filozoficznym wirtualne jest to, co istnieje potencjalnie, a nie jako akt. Jest to dziedzina przyczyn i problemów dążących do rozwiązania poprzez aktualizację, Wirtualność wyprzedza rzeczywistą lub formalną konkretyzację (drzewo jest wirtualnie obecne w nasieniu). W ujęciu filozoficznym wirtualność jest oczywiście bardzo istotnym wymiarem rzeczywistości. Ale w rozumieniu potocznym termin wirtualność oznacza często nierealność, rzeczywistość zakładającą materialne spełnienie, namacalną obecność. Pojęcie "rzeczywistość wirtualna" jawi się wówczas jako oksymoron, tajemnicza sztuczka kuglarska. Na ogół sądzi się, że jakaś rzecz powinna być albo rzeczywista, albo wirtualna - nie może więc posiadać równocześnie tych dwóch właściwości. Rozumując jednak z filozoficzną ścisłością, wirtualność nie jest zaprzeczeniem rzeczywistości, ale aktualności: wirtualność i aktualność są jedynie dwoma różnymi sposobami rzeczywistości. Choć istotą nasienia jest wydanie drzewa, wirtualność drzewa jest w pełni realna (aczkolwiek jeszcze nieaktualna).

Wirtualna jest jednostka "zdeterytorializowana", zdolna do wielu konkretnych przejawów w różnych momentach i w określonych miejscach, nie uzależniona jednak od konkretnego miejsca lub chwili. Posłużmy się przykładem spoza sfery technicznej: słowo jest istotą wirtualną, Wyraz "drzewo" zawsze jest wymawiany w jakimś miejscu, jakiegoś dnia i o jakiejś porze. Wymówienie tego elementu leksykalnego nazwie się jego "aktualizacją". Ale słowo samo w sobie, gdzieś wymawiane lub aktualizowane, jako takie jest wszędzie nieobecne i oderwane od każdej konkretnej chwili (chociaż nie zawsze ono istniało). Wirtualność jest rzeczywista, choć nie można jej przypisać żadnej współrzędnej przestrzenno-czasowej. Słowo istnieje naprawdę. Wirtualność istnieje, choć jej tu nie ma. Dodajmy, że aktualizacje tej samej istoty wirtualnej mogą się wzajemnie bardzo różnić i że aktualność nigdy nie jest całkowicie predeterminowana za pomocą wirtualności. Toteż z punktu widzenia akustyki, jak i na płaszczyźnie semantycznej, żadna aktualizacja słowa nie przypomina dokładnie innej. Zawsze może pojawić się nieprzewidziana wymowa (pojawienie się nowych głosów) lub znaczenie (wymyślenie nowych zdań). Wirtualność jest nieskończonym źródłem aktualizacji.

Cyberkultura wiąże się z wirtualnością w dwojaki sposób: bezpośredni i pośredni. Bezpośrednio, numeryzacja informacji może być utożsamiana z wirtualizacją. Informatyczne kody zapisane na dyskietkach lub twardych dyskach komputerów - niewidoczne, łatwe do skopiowania lub do przerzucenia z jednego węzła sieci do drugiego - są niemal wirtualne, gdyż prawie niezależne od określonych współrzędnych przestrzenno-czasowych. W sieciach komputerowych informacja jest oczywiście fizycznie umieszczona w jakimś miejscu, ma określony nośnik, ale jest także wirtualnie obecna w każdym punkcie sieci, w którym ją wywołamy.

Informację numeryczną (od O do 10) również można nazwać wirtualną, jako taka jest bowiem niedostępna dla człowieka. Bezpośrednio można poznać jedynie jej aktualizację za pomocą takiego czy innego sposób wywołania. Nieczytelne dla nas kody informatyczne w pewnych miejscach, teraz lub później, aktualizują się w formie czytelnych tekstów, obrazów widocznych na ekranie lub na papierze i uchwytnych w sferze dźwięków.

Obraz, który został zaobserwowany w trakcie badania "wirtualnej rzeczywistości" nie był na ogół rejestrowany jako taki w pamięci informatycznej. Najczęściej bywał naliczany w czasie rzeczywistym (w danej chwili i na polecenie) na podstawie matrycy informatycznej zawierającej opis wirtualnego świata. Komputer syntetyzuje obraz w zależności od danych (stałych) owej matrycy oraz informacji (zmiennych) dotyczących "pozycji" badającego i jego wcześniejszych działań. Traktowany jako zespół numerycznych kodów, wirtualny świat jest potencjalnymi obrazami, podczas gdy jego wygląd na ekranie, projekcja zanurzająca się w potencjalnym świecie aktualizuje ów potencjał poprzez szczegółowe zastosowanie. Owa dialektyka potencjału/ obliczeń i zależnej od kontekstu projekcji cechuje większość dokumentów lub zespołów informacji o nośniku numerycznym.

Rozwój sieci numerycznych pośrednio ułatwia wirtualizacje inne niż te, które związane są z informacją sensu stricte. Wraz z zapisem numerycznym, za wirtualnością podąży komunikacja, wykorzystując wcześniejsze techniki jak pismo, rejestrowanie dźwięku i obrazu, radio, telewizja i telefonia. Cyberprzestrzeń ułatwia kontakty niemal całkiem niezależne od miejsca geograficznego (telekomunikacja, teleobecność) i czasowej równo-czesności (komunikacja asynchroniczna). Nie jest to całkowitą nowością, gdyż już telefon przyzwyczaił nas do komunikacji interaktywnej. Dzięki poczcie (czy ogólniej dzięki pismu) dysponujemy starą tradycją wzajemnej, asynchronicznej i odbywającej się na odległość komunikacji. Jednakże tylko techniczne właściwości cyberprzestrzeni umożliwiają członkom ludzkiej społeczności (o dowolnej liczbie) wzajemne uzgadnianie, współpracę, zasilanie i konsultowanie wspólnej pamięci - i to niemal w czasie rzeczywistym - mimo różnego położenia geograficznego i różnych stref czasowych. Prowadzi nas to bezpośrednio do wirtualizacji organizacji, które za pomocą narzędzi cyberkultury stają się w coraz mniejszym stopniu zależne od określonego miejsca, rozkładu pracy i długookresowego planowania. Podobnie z dokonującymi się w cyberprzestrzeni transakcjami ekonomicznymi i finansowymi, które coraz bardziej akcentują swój wirtualny charakter, istniejący odkąd wymyślono pieniądz i banki.

Podsumujmy: rozwój cyberprzestrzeni towarzyszy i nadaje tempo ogólnej wirtualizacji gospodarki i społeczeństwa. Wychodząc od substancji i przedmiotów dochodzimy do procesów, będących ich źródłem. Cofamy się od terytoriów do ruchomych sieci, które je waloryzują i zarysowują. Od procesów i sieci przechodzimy do kompetencji i scenariuszy, które nimi kierują, mających jeszcze bardziej wirtualny charakter. Nośniki grupowej inteligencji cyberprzestrzeni wzbogacają kompetencje i umożliwiają im współdziałanie. Poczynając od projektowania, a kończąc na strategii, zasila się scenariusze przy pomocy symulacji i danych udostępnianych przez numeryczny świat.



Cyberprzestrzeń czyli wirtualizacja komunikacji

Co to jest cyberprzestrzeń?

Termin "cyberprzestrzeń" został użyty w 1984 roku przez Williama Gibsona w powieści fanastycznonaukowej zatytułowanej Neuromancer. Oznaczał on świat numerycznych sieci traktowanych jako pole bitwy, na którym ścierają się światowe koncerny. Stawka, o jaką walczą, to nowa granica gospodarcza i kulturowa. W wymienionej książce badanie cyberprzestrzeni ujawnia fortece tajnych informacji chronionych przez niedostępne programy, wyspy otoczone oceanami danych, które w szalonym tempie przekształcają się i wymieniają wokół planety. Niektórzy bohaterowie są w stanie "fizycznie" dostać się do tej przestrzeni danych, by przeżyć w niej najrozmaitsze przygody. Cyberprzestrzeń Gibsona uwidacznia zmienną, zazwyczaj ukrytą geografię informacji. Termin ten został natychmiast przyjęty przez użytkowników i twórców sieci numerycznych. Istnieje dziś na świecie ogromne bogactwo prądów literackich, muzycznych, artystycznych czy nawet politycznych odwołujących się do "cyberkultury".

Moja definicja cyberprzestrzeni jest następująca: jest to przestrzeń otwartego komunikowania się za pośrednictwem połączonych komputerów i pamięci informatycznych pracujących na całym świecie. Definicja ta uwzględnia wszystkie systemy komunikacji elektronicznej (w tym również sieci wykorzystujące fale Hertza i klasyczne sieci telefoniczne), które przesyłają informacje pochodzące ze źródeł numerycznych lub przeznaczone do numeryzacji. Podkreślam fakt numerycznego kodowania, gdyż warunkuje on charakter informacji. Charakter plastyczny, płynny, obliczalny z dużą dokładnością i przetwarzalny w czasie rzeczywistym, hipertekstualny, interaktywny i wreszcie wirtualny. Uważam go za znamienną cechę cyberprzestrzeni. To nowe środowisko umożliwia współdziałanie i sprzęganie wszystkie narzędzi tworzenia informacji, rejestrowania, komunikacji i symulacji. Perspektywa powszechnej numeryzacji informacji i przekazów uczyni prawdopodobnie z cyberprzestrzeni główny kanał informacyjny i główny nośnik pamięciowy ludzkości, poczynając od pierwszych lat przyszłego stulecia.



Krytyka krytyki

Funkcje refleksji krytycznej

Cyberkultura zrodziła się z ruchu społecznego o wielkim zasięgu. Ruch ten zapowiada i kształtuje głębokie przemiany cywilizacyjne. Rolą refleksji krytycznej jest oddziaływanie na ich kierunek i sposoby realizacji. Krytyka progresywistyczna może w szczególności doprowadzić do wyodrębnienia najbardziej pozytywnych i oryginalnych aspektów trwającej ewolucji. Przyczyni się do tego, by wielka góra cyberprzestrzeni nie urodziła myszy, jaką byłoby przedłużenie "mediatyczności" na większą skalę czy też najzwyklejsze nadejście planetarnego supermarketu on-line.

Wiele jest jednak zaślepienia i konserwatyzmu w wypowiedziach pretendujących do miana "krytycznych". Wypowiadający je nie znając bieżących przemian, nie są zdolni do oryginalnych koncepcji, odpowiadających specyfice cyberkultury. Krytykuje się "ideologię (lub utopię) komunikacji" nie dokonując rozróżnienia między telewizją a internetem. Wyraża się obawę przed dehumanizującą Techniką, podczas gdy wszystko zależy od wyboru spośród technik i od rozmaitych zastosowań owych technik. Ubolewa się nad coraz większym pomieszaniem pojęć rzeczywisty i wirtualny, nic nie zrozumiawszy z wirtualizacji będącej wszystkim z wyjątkiem odrealnienia świata (jest ona przede wszystkim rozszerzeniem możliwości człowieka). Brak wizji przyszłości, porzucenie funkcji wyobrażania i antycypowania w refleksji doprowadziło w końcu do oddania pola komercyjnej reklamie. Niezwłocznie należy - odnosi się to także do krytyki - rozpocząć krytykę "swoistej krytyki", rozchwianą przez nową ekologię komunikacji.

Należy zbadać zwyczaje i umysłowe reakcje, które w coraz mniejszym stopniu odpowiadają współczesnym wyzwaniom.

Krytyka totalitaryzmu czy obawa przed utratą totalności

Opinia, według której rozwój cyberprzestrzeni zagraża cywilizacji i wartościom humanistycznym, wynika w dużym stopniu z pomieszania pojęć uniwersalności i totalności. Staliśmy się nieufni wobec tego, co wygląda na uniwersalne, ponieważ niemal zawsze uniwersalizm był głoszony przez zwycięskie imperia i tych, którzy dążyli do dominacji, niezależnie, czy była ona doczesna czy duchowa. Cyberprzestrzeń natomiast - przynajmniej dotąd - proponuje raczej akceptację niż dominację. Nie jest to narzędzie transmisji z kilku ośrodków (jak prasa, radio czy telewizja), ale interaktywnej komunikacji między grupami ludzkimi, umożliwiające kontaktowanie się niejednorodnych wspólnot. Ci, którzy widzą w cyberprzestrzeni niebezpieczeństwo "totaiitaryzmu", stawiają całkiem błędną diagnozę.

Prawdą jest, że niektóre państwa i mocarstwa gospodarcze wykradają korespondencję, dane, zbiory i oddają się w cyberprzestrzeni manipulacjom lub operacjom mającym na celu dezinformację. To nic nowego. Znamy to z przeszłości, choć stosowano wówczas inne metody. Wykorzystywano pocztę, telefon czy tradycyjne media. Narzędzia komunikacji numerycznej są potężniejsze, pozwalają więc szkodzić na większą skalę. Ale należy też zauważyć, że instrumenty szyfrowania i rozszyfrowywania, dostępne już zwykłym obywatelom, są częściową odpowiedzią na takie zagrożenie. Powtórzę ponadto, że telewizja i prasa są narzędziem manipulacji i dezinformacji znacznie skuteczniejszym od Internetu, ponieważ mogą narzucić "jedyną" wizję rzeczywistości i uniemożliwić krytyczną reakcję i konfrontację odmiennych stanowisk. Można było to wyraźnie odczuć podczas wojny w Zatoce Perskiej. Różnorodność źródeł i otwarta dyskusja jest natomiast właściwa funkcjonowaniu cyberprzestrzeni, która z zasady nie podlega kontroli.

Raz jeszcze twierdzę, że utożsamianie cyberkultury z groźbą "totalitaryzmu" wynika z głębokiego niezrozumienia jej natury oraz procesu kierującego jej rozprzestrzenianiem. Prawdą jest, że cyberkultura buduje przestrzeń uniwersalną, ale - jak usiłowałem to wykazać - chodzi o uniwersalność bez totalności. Dochodzimy tu do sedna problemu. Czyż to właśnie nie obecnie trwająca detotalizacja tak naprawdę niepokoi zawodowych "krytyków"? Czy potępienie nowych, interaktywnych i transwersalnych środków komunikacji nie jest echem odwiecznej tęskonty za porządkiem i autorytetem? Czy nie demonizuje się "wirtualności", by nie naruszyć silnie zakorzenionej "rzeczywi-stości", uprawomocnionej najlepszym państwowym i mediatycznym "zdrowym rozsądkiem"? Ci, których rola polegała na wyznaczaniu granic i terytoriów czują się zagrożeni w obliczu owej wymykającej się, transwersalnej i wielobiegunowej komunikacji. Strażnicy dobrego gustu, gwarantujący jakość, nieuniknieni pośrednicy i rzecznicy czują się zagrożeni w obliczu nowo tworzących się, coraz bardziej bezpośrednich kontaktów między wytwórcami a użytkownikami informacji.

Czy postępowa dotąd krytyka stanie się konserwatywna?
Sceptycyzm i systematyczny krytycyzm odegrały pozytywną rolę w XVIII wieku, w epoce politycznego absolutyzmu, kiedy nie wywalczono jeszcze wolności słowa. Wydaje się jednak, że sceptycyzm i krytyka zmieniły dziś front. Coraz częściej służą jako alibi dla zblazowanego konserwatyzmu czy nawet bardzo reakcyjnych postaw. W poszukiwaniu tego, co spektakularne i sensacyjne, współczesne media nie przestają pokazywać najbardziej ponurych aspektów aktualnych wydarzeń. Obwiniają polityków, uważają za swój obowiązek ujawniać "niebezpieczeństwa" lub ujemne wpływy rozpowszechniania w świecie gospodarki czy rozwoju technologicznego. Wykorzystują strach, jedno z uczuć, które najłatwiej wywołać. Rola myślicieli polega prawdopodobnie nie na szerzeniu paniki, przez powielanie frazesów wielonakładowej prasy i telewizji, ale na ponownym analizowaniu świata, proponowaniu głębszego zrozumienia i nowych horyzontów współczesnej myśli zalanej mediatycznym przekazem. Czy oznacza to, że intelektualiści i osoby, których zawodem jest myślenie, powinni porzucić wszelką perspektywę krytyczną? W żadnym wypadku. Należy jednak zrozumieć, że postawa krytyczna jako taka, zwykła reminiscencja czy parodia krytyki z XVIII i XIX wieku, nie zapewnia już dziś otwarcia poznawczego ani postępu ludzkości. Trzeba teraz dokonać dokładnego rozróżnienia krytyki odruchowej, mediatycznej, konwencjonalnej, konserwatywnej, będącej alibi dla istniejących ośrodków władzy i wymówką dla intelektualnej ospałości od krytyki w działaniu, pełnej wyobraźni, zwróconej ku przyszłości, towarzyszącej ruchowi społecznemu. Nie każda krytyka jest myśląca.

Dwoista potęga

Współczesne przyspieszenie biegu do wirtualności i uniwersalności nie może być ograniczone ani do "społecznego oddziaływania nowych technologii" ani do powstania jakiejś szczególnej dominacji - ekonomicznej, politycznej czy społecznej. Wyczuwa się, jak bardzo propozycje te byłyby ubogie, ograniczone czy nawet absurdalne. Chodzi raczej o ogólny trend cywilizacyjny, rodzaj antropologicznej przemiany, gdzie niezależnie od rozwoju cyberprzestrzeni łączą się takie zjawiska, jak przyrost demograficzny, urbanizacja, zagęszczanie transportu (i wynikające stąd przemieszczanie osób), rozwój techniczny i naukowy, wzrost (nierównomierny) poziomu wykształcenia ludności, wszechobecność mediów, rozprzestrzenianie produkcji i wymiany, międzynarodowa integracja finansowa, dojście do głosu wielkich ponadnarodowych ugrupowań, ewolucja idei zmierzająca do globalnej świadomości dotyczącej ludzkości i planety.

Nasz gatunek wzmaga swą własną obcość i potęgę. Czyniąc swe kontakty coraz bardziej złożonymi i intensywnymi, znajdując nowe formy języka i komunikacji, mnożąc swe środki techniczne, staje się jeszcze bardziej ludzki. To odbywające się dziś stopniowe odkrywania istoty człowieka nie zapowiada wcale jednostronnie lepszego jutra czy nadmiernej szczęśliwości. Tendencjom do uniwersalności i wirtualności towarzyszy pogłębianie się nierówności między biednymi a zamożnymi, między regionami centralnymi i strefami poszkodowanymi, między uczestnikami uniwersalności a tymi, którzy są z niej wykluczeni. Zrywają one lub spychają na margines istniejące od wieków przekazy, osłabiają miejscową sztukę życia należącą do najcenniejszego dziedzictwa naszego gatunku, gwałtownie zakłócają świat wyobrażeń organizujący to, co subiektywne. Powodują nowe podziały terytorialne, koncentrowanie się na swych odrębnościach, zacieśnianie tożsamości. W pewnym sensie, poczynając od buntów w gettach i powstań fundamentaiistów aż do zalewu mafii, światowa wojna cywilna wyraża rozdarcie ludzkości. A przecież doświadczanie wirtualności jest tylko wybiegiem, gromadzeniem mającym na celu realizację liczniejszych i potężniejszych aktualizacji. Obawa przed "odrealnieniem świata" jest nieuzasadniona.

A przecież wyzbyta z totalności uniwersalność cyberkultury sprzyja odmienności i nadaje jej wartość, umożliwiając jak największym rzeszom dostęp do publicznej wypowiedzi. Wobec opóźniającej się wojny, obawa przed "kontrolą", totalitaryzmem czy jednorodnością mierzy do fałszywego celu. Tego wszystkiego należy się spodziewać ze strony tradycyjnych mediów oraz autorytatywnych i zhierarchizowanych form społecznych.

Choć bierny potencjał cyberkultury pozwala człowiekowi na osiągnięcie nowej potęgi, nie jest gwarantem pokoju ani szczęścia. Fakt, że stajemy się bardziej ludzcy, powinien budzić czujność, gdyż tylko człowiek jest nieludzki, i to właśnie proporcjonalnie do swej ludzkiej natury.



Pytania bez odpowiedzi
Pragnąłbym teraz określić kilka głównych problemów związanych z rozwojem cyberkultury, nie dążąc jednak do ich "rozwiązania". Procesy społeczno-historyczne są otwarte, nieokreślone, wciąż ponawiane i na nowo formułowane, ale żadna werbalna, teoretyczna odpowiedź nigdy nie zdoła ich definitywnie rozwiązać. Ciągle prowizoryczne odpowiedzi są częścią całego procesu społeczno-technicznego, dotyczącego każdego z nas, zgodnie ze skalą i ukierunkowaniem możliwości działania. Nikt jednak nie jest wstanie opanować ich całkowicie i definitywnie. Wybrałem cztery "pytania bez odpowiedzi". Wszystkie odnoszą się do treści i znaczenia cyberkultury. Pierwsze (Czy cyberkultura prowadzi do wykluczenia?) jest oczywiście głównym pytaniem stojącym przed światową społecznością, dla której wykluczenie (to znaczy współczesna forma tyranii, niesprawiedliwości społecznej i nędzy) jest jedną z podstawowych bolączek. Drugie (Czy zagraża językom i kulturom?) podważa wnioski niniejszego raportu dotyczące braku totalności, który cechuje cyberkulturę. Natomiast trzecie pytanie (Czy cyberkultura nie jest synonimem chaosu i pomieszania pojęć?) zakłada brak totalności i przedstawia ewentualne negatywne aspekty tego zjawiska. Czwarte pytanie (Czy cyberkultura zerwała z wartościami współczesnej nowoczesności?) po raz ostatni pozwoli mi wykazać, w jaki sposób cyberkultura kontynuuje i realizuje ideały filozofii oświeceniowej i wielkiego europejskiego prądu dążącego do wyzwolenia człowieka. Sugerowałbym jednak, aby niezależnie od ciągłości wezwała do radykalnej odnowy politycznej i społecznej refleksji oraz by odmieniła znaczenie samego pojęcia kultury.

l. Czy cyberkultura jest źródłem wykluczenia?

Często uważa się, że rozwój cyberkultury mógłby się stać dodatkowym czynnikiem nierówności i wykluczenia, zarówno wśród klas danego społeczeństwa, jak i narodów zamożnych oraz biednych. Jest to realne zagrożenie. Dostęp do cyberkultury wymaga infrastruktury umożliwiającej komunikację i obliczenia (komputery). Jest on kosztowny dla regionów rozwijających się. Ponadto, opanowanie umiejętności niezbędnych przy montażu i utrzymaniu ośrodków-serwerów wymaga znacznych inwestycji. Załóżmy jednak, że dysponuje się dostępem do sieci i sprzętem koniecznym do konsultowania, wytwarzania i przechowywania informacji numerycznych. Należy jeszcze pokonać przeszkody "ludzkie". Są to instytucjonalne, polityczne i kulturowe sprzeciwy wobec interaktywnego i poprzecznego komunikowania się wspólnot, a także poczucie braku kompetencji i dyskwalifikacji w obliczu nowych technologii.

Reakcje na problem wykluczenia mogą być trojakiego rodzaju. Nie są oczywiście w stanie go rozwiązać, pozwalają jednak na relatywizację i ujrzenie go z innej perspektywy. Odpowiedź pierwsza: należy śledzić raczej tendencję, a nie światowe statystyki dotyczące przyłączeń.

W 1996 roku Wietnam miał 1500 osób podłączonych do Internetu. Liczba ta wydaje się bardzo skromna w porównaniu z liczbą mieszkańców tego kraju. Ale z pewnością wzrośnie ona dziesięciokrotnie w 2000 roku. Stopa wzrostu przyłączeń do cyberprzestrzeni wykazuje tempo przewyższające tempo korzystania ze wszystkich poprzednich systemów komunikacji. Poczta istniała od wieków zanim większość ludzi mogła regularnie otrzymywać i wysyłać listy. Wymyślonym pod koniec XIX wieku telefonem dysponuje jeszcze dziś zaledwie nieco ponad 20% ludzkości. Od końca lat osiemdziesiątych w nadzwyczajnym rytmie rośnie liczba osób uczestniczących w cyberkulturze. Dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych. Całe regiony i kraje, zwłaszcza najbardziej dynamiczne (kraje Azji i Pacyfiku), planują swe wejście do cyberkultury. Liczba "wykluczonych" będzie więc systematycznie malała. Druga odpowiedź: przyłączenie do sieci będzie coraz łatwiejsze i tańsze. Choć ciągle jeszcze bardzo silne, poczucie niekompetencji jest coraz mniej uzasadnione. Realizacje i utrzymanie w sprawności infrastruktur cyberprzestrzeni faktycznie wymaga dużych umiejętności. Kiedy opanowało się już zdolność odczytu i zapisu, użytkowanie cyberprzestrzeni przez jednostki i organizacje nie wymaga specjalnych zdolności. Procedury dostępu i poruszania są coraz bardziej przyjazne dla użytkownika, zwłaszcza, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych doszło do rozwoju Worid Wide Web.

Sprzęt i oprogramowanie niezbędne do przyłączenia będą coraz mniej kosztowne dla użytkowników. Aby obniżyć koszt abonamentu i połączeń, rządy mogą oddziaływać poprzez uruchomienie konkurencji wśród dostawców sprzętu i operatorów telekomunikacji. Najważniejszym elementem jest zapewne koszt połączenia miejscowego. W Ameryce Północnej jest on wliczony do przeciętnego abonamentu. Płaci się więc taki sam rachunek, bez względu na to, czy połączenie trwało pięć minut czy pięć godzin. Cenniki europejskie natomiast rozliczają miejscowe połączenia według taryfy godzinowej, co powstrzymuje przed korzystaniem z Internetu, BBS czy innej formy interaktywnej komunikacji sieciowej.

Odpowiedź trzecia: każdy postęp zachodzący w systemach komunikacji nieuchronnie prowadzi do wykluczenia. Każdy nowy system komunikacji niesie w sobie wykluczenie. Analfabeci nie istnieli dopóki nie było pisma. Działalność wydawnicza i telewizja spowodowały podział na tych, którzy publikują lub ukazują się w mass mediach oraz pozostałych. Jak już wspominałem, zaledwie nieco powyżej 20% ludzkości dysponuje telefonem. Żaden z tych faktów nie jest poważnym argumentem przeciw pismu, wydawnictwom, telewizji czy telefonii. Fakt, iż istnieją analfabeci lub ludzie pozbawieni telefonu nie doprowadził do potępienia pisma i telekomunikacji. Przeciwnie, przyczynił się do rozwoju szkolnictwa podstawowego i rozbudowy sieci telefonicznych. To samo powinno stać się z cyberprzestrzenią.

Ogólnie ujmując, każda uniwersalność rodzi wykluczonych. Nawet "totalizując" w swych tradycyjnych formach, uniwersalizm nigdy wszystkiego nie obejmuje. Uniwersalna religia ma swych niewiernych i heretyków. Nauka ma skłonność do dyskwalifikowania innych form wiedzy lub tego, co nazywa irracjonalnością. Prawa człowieka bywają naruszane i nie przestrzegane. Dawne formy Uniwersalizmu także dokonują wykluczenia, oddzielając tych, którzy uczestniczą w Prawdzie, w Sensie lub jakiejkolwiej formie Imperium od tych, którzy znaleźli się w strefie cienia (barbarzyńcy, niewierni, ignoranci itd.). Uniwersalność pozbawiona totalności też podlega regule odrzucenia. Tyle tylko, że nie chodzi o dostęp do Sensu, ale o możliwość przyłączenia do sieci. Wyrzutek to ten, który nie jest przyłączony. Pozbawiony wzajemnych i poznawczych połączeń wirtualnych i grupowej inteligencji.

Cyberkultura bezładnie skupia wszystkie herezje. Dokonuje przemieszania obywateli i barbarzyńców, rzekomych ignorantów i uczonych. W przeciwieństwie do klasycznego Uniwersalizmu jej granice są niewyraźne, ruchome i tymczasowe. Ale dyskwalifikacja wykluczonych jest równie przerażająca.

Nie zapominajmy jednak, że dawne Uniwersalizmy też wykluczały ze swej konstrukcji. Powszechna religia czy nauka nieuchronnie zakładała wcześniejsze lub równoległe błędy. Natomiast cechujący obecny uniwersalizm trend do kontaktowania się jest włączeniem.

Co robić? Z pewnością należy wykorzystać wszystkie sposoby, by zwiększyć dostępność i zmniejszyć koszty przyłączenia. Ale kwestia "dostępu dla wszystkich" nie może być sprowadzana do poruszanych zwykle kwestii technologicznych i finansowych. Nie wystarczy znaleźć się przed ekranem, dysponując wszystkimi dostępnymi interfejsami, aby pokonać poczucie niższości. Trzeba być przede wszystkim zdolnym do aktywnego uczestniczenia w procesach opartych na grupowej inteligencji, będących główną zdobyczą cyberprzestrzeni. Nowe narzędzia powinny przede wszystkim dowartościować kulturę, kompetencje, zasoby i miejscowe projekty oraz ułatwić ludziom uczestniczenie w zgrupowaniach wzajemnej pomocy, w opartych na współdziałaniu grupach szkoleniowych itp. Inaczej mówiąc, zarówno w cyberkulturze jak i w innych bardziej klasycznych metodach, woluntarystyczne strategie walki z nierównością i wykluczeniem powinny dążyć do zwiększania autonomii zainteresowanych osób lub ugrupowań. Jednocześnie winny uniemożliwiać pojawienie się nowych zależności wynikających z konsumpcji informacji lub usług z dziedziny komunikacji, zaprojektowanych i wytworzonych w duchu czysto handlowym lub imperialnym. Zbyt często dyskwalifikują one tradycyjne umiejętności i kompetencje mniej zasobnych społeczeństw i regionów.

2. Czy cyberprzestrzeń jest zagrożeniem dla języków i kultur?

Język angielski jest obecnie standardowym językiem sieci. Amerykańskie instytuty i przedsiębiorstwa kształcą ponadto większość producentów informacji przekazywanych przez Internet. Obawa przed kulturową dominacją Stanów Zjednoczonych jest więc uzasadniona. Niemniej groźba uniformizacji nie jest tak wielka, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Technologiczna i ekonomiczna struktura komunikowania w cyber-przestrzeni znacznie różni się od struktur kina czy telewizji. Zwłaszcza wytwarzanie i transmitowanie informacji jest znacznie bardziej dostępne jednostkom lub grupom dysponującym niewielkimi środkami. Poważne badanie różnorodności kulturowej jest możliwe wyłącznie na podstawie analizy specyficznej struktury sposobów komunikacji funkcjonujących w cyberkulturze.

Zasadniczym znaczeniem cyberprzestrzeni jest jej rozwój jako formy alternatywnej wobec środków masowego przekazu. Mass media to sposoby komunikacji za pomocą zorganizowanej i zaprogramowanej informacji, transmitowanej z pewnych ośrodków i przeznaczonej dla licznych, anonimowych odbiorców, biernych i wzajemnie od siebie oddalonych. Typowy przykład takich mediów to prasa, kino, radio i tradycyjna telewizja. Cyberkultura natomiast, nie posługuje się ośrodkami nadającymi do odbiorców, ale wspólnymi przestrzeniami, do których każdy może coś wnieść, czerpiąc z nich to, co go interesuje. To swoiste rynki informacji, gdzie ludzi spotykają się i gdzie inicjatywa należy do pytającego. Miejscami, które najłatwiej utożsamić z "ośrodkami" są w cyberprzestrzeni serwery informacji lub usług. Serwer bardziej przypomina sklep czy miejsce, w którym najlepiej spełnia się oczekiwania, proponując duży wybór, niż miejsce, gdzie dokonuje się jednostronna transmisja.

Umieszczenie w cyberprzestrzeni sposobów komunikacji poprzez mass media byłoby z pewnością możliwe z technicznego i politycznego punktu widzenia. Sądzę jednak, że ważniejsze jest uświadomienie nowych możliwości, które daje powszechna łączność i numeryzacj a informacji. Streszczę to w czterech punktach: zanik monopolu przekazu publicznego, rosnącą różnorodność sposobów ekspresji, rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew, rozwój wirtualnych wspólnot i międzyludzkich kontaktów na odległość wywołanych jednakowymi zainteresowaniami.

a/ Zanik monopolu przekazu publicznego. Jakakolwiek grupa lub jednostka może teraz dysponować środkami technicznymi i przy niewielkim koszcie zwracać się do ogromnej międzynarodowej publiczności. Każda grupa czy jednostka może przekazywać swe pomysły, produkować reportaże, proponować swe przemyślenia i własny wybór aktualności w takiej czy innej dziedzinie.

b/ Rosnąca różnorodność sposobów ekspresji. Sposoby wyrażania, jakimi dysponujemy, by porozumiewać się w cyberprzestrzeni są bardzo urozmaicone. Różnorodność ta będzie z czasem coraz większa. Zwykły hipertekst, multimedialny hiperdokument czy numeryczny film video, modele do interaktywnej symulacji graficznej i osiągnięcia świata wirtualnego. Powstają wciąż nowe formy: nowe pismo ikoniczne, nowe retoryki interaktywności. Także i w przyszłości wspólnoty penetrujące cyberprzestrzeń będą kontynuowały swe poszukiwania.

c/ Rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew. Automatyczne i półautomatyczne urządzenia, dzięki którym można poruszać się i selekcjonować zawartość sieci i pamięci umożliwią każdemu szybkie dotarcie do najcenniejszej informacji. Nie oznacza to informatycznej cenzury, gdyż to, co najbardziej interesujące, może - jeśli tego chcemy -oddalić nas od tematów, którymi się zazwyczaj zajmujemy. Nowe możliwości wnikliwej selekcji i automatycznych poszukiwań w ogromnej masie informacji sprawią prawdopodobnie, że coraz mniej użyteczne okażą się streszczenia zredukowane i kierowane do anonimowych tłumów. Coraz doskonalsze narzędzia selekcji wskazują drogę informacji do odbiorcy oraz przenoszą punkt ciężkości ze źródła informacji na jednostkę lub grupę poszukującą informacji.

d/ Rozwój wirtualnych wspólnot i międzyludzkich kontaktów na odległość wywołanych jednakowymi zainteresowaniami. Osoby zaludniające i zasilające cyberprzestrzeń są jej własnym bogactwem. Dostęp do informacji mą mniejsze znaczenie niż kontakt ze specjalistami, uczestnikami i dyskretnymi świadkami interesujących nas zjawisk. W coraz większym stopniu cyberprzestrzeń umożliwia kontakt z jednostkami na podstawie ich adresu w przestrzeni, ich umiejętności i zainteresowań. Zanurzenie się w otwartych wspólnotach badawczych, w praktykach i dyskusjach jest z pewnością najlepszą odtrutką na dogmatyzm i jednostronne manipulowanie informacją. Cyberprzestrzeń ułatwia integrację wirtualnych wspólnot. Dzieje się to niezależnie od fizycznych i geograficznych barier.

e/ Kulturowe zróżnicowanie w cyberprzestrzeni będzie wprost proporcjonalne do aktywnego udziału i jakości wkładu wnoszonego przez przedstawicieli różnych kultur. Prawdą jest, iż wymagane będą pewne infrastruktury materialne (sieci telekomunikacyjne, komputery) i minimum umiejętności. Niemniej najistotniejszy jest fakt, że polityczne, ekonomiczne czy technologiczne ograniczenia hamujące światowy, różnorodny przekaz kulturowy nigdy nie były równie słabe jak te, które występują w cyberprzestrzeni. Nie znaczy to, że bariery te nie istnieją. Są jednak znacznie mniejsze niż bariery spotykane w innych sposobach komunikacji.

f/ Najdrobniejsze doświadczenie poruszania się po Word Wide Web ujawnia nieprawdopodobną obfitość informacji i form przekazu napływających ze wszystkich regionów świata (głównie z Ameryki) oraz intelektualnych horyzontów o niezwykłej różnorodności. Skargi na uniformizację nie tylko nie odpowiadają rzeczywistości (o czym każdy bez trudu może się przekonać), ale przede wszystkim nie mają swego adresata. Cyberprzestrzeń zawiera to, co ludzie w niej umieszczą. Zachowanie zróżnicowania kulturowego zależy głównie od inicjatywy każdego z nas. Być może również od poparcia projektów natury artystycznej czy kulturalnej, jakiego mogą udzielić władze państwowe, fundacje, organizacje międzynarodowe i ponadpaństwowe.

Przejdźmy teraz do szczegółowej, kwestii jaką jest język. Fakt, iż poruszanie się po sieci odbywa się w języku angielskim (jak zresztą w nauce, interesach, turystyce itd.) jest z pewnością utrudnieniem dla osób, dla których angielski nie jest językiem ojczystym. Zauważmy jednak, że istnienie języka kontaktowego jest samo w sobie atutem dla międzynarodowego porozumiewania. Trudno byłoby się bez niego obejść. Ale dlaczego angielski? Abstrahując od amerykańskiej przewagi gospodarczej, militarnej i kulturowej musimy stwierdzić, że angielski (którym posługuje się Anglia, Stany Zjednoczone, Kanada, Australia i Afryka Południowa) jest dziś głównym językiem internautów. Uwzględniając czynnik demograficzny, angielski jest trzecim językiem świata (po chińskim i hindi), ale liczba przyłączeń w Chinach i Indiach jest jeszcze dość ograniczona. Odnotujmy mimochodem, że po angielskim w kolejności występuje hiszpański, rosyjski i arabski.

Fakt, że angielski jest dominującym językiem sieci nie znaczy oczywiście, iż jest jedynym. Już dziś znajdują się w Internecie informacje w setkach różnych języków. Wiele tekstów dostępnych jest w języku francuskim, hiszpańskim, portugalskim, niemieckim, włoskim itd. Wspólnoty wirtualne formowały się także wokół związków lingwistycznych, co nakłada się na związki tematyczne i je komplikuje.

Hamulcem dla utrzymania i rozprzestrzeniania różnorodności językowej jest głównie technika. Podporządkowując się obowiązującym normom, zapis stosujący akcenty i używający alfabetu łacińskiego (francuski czy hiszpański) jest nieco pokrzywdzony w stosunku do zapisu bez akcentów (angielski). Jeszcze bardziej pokrzywdzone są alfabety niełacińskie (cyrylica, alfabet grecki, arabski, hebrajski, koreański). Najbardziej przykrej próby doświadcza za sprawą norm technicznych pismo niealfabetyczne, czyli ideograficzne (chiński lub japoński). Choć hamulce te rzeczywiście istnieją, nie oznaczają w żadnym razie niewykonalności. Ponadto, postęp badań (dotyczących zwłaszcza pisma niealfabetycznego) i zmiana norm sprawią, że za kilka lat informacja pisemna w języku rosyjskim czy chińskim będzie równie prosta i "przejrzysta" jak w języku angielskim.

Oprócz wymienionych przeze mnie drobnych trudności technicznych, w Internecie nie istnieje nic, co zagrażałoby różnorodności lingwistycznej, z wyjątkiem braku inicjatywy lub nieobecności rozmówców posługujących się takim czy innym językiem mniejszościowym.

Aby wypracować w sobie właściwą pokorę i szacunek dla bliźniego, dobrą postawą wydaje mi się traktowanie wszystkich języków a zwłaszcza własnego, jako mniejszościowych. W skali światowej nawet angielski jest mniejszościowy w stosunku do chińskiego. Podobnie wśród frankofonów. Choć język tych ostatnich miał światowe znaczenie, dziś muszą przyzwyczaić się do traktowania francuskiego jako języka mniejszościowego. Również języki regionalne, dialekty, gwary, uciskane lub wypierane idiomy są językami mniejszościowymi, których trzeba bronić i chronić, w sieci i poza nią.

Co robić? Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zalecam, by w Internecie nigdy nie publikować wyłącznie w języku angielskim, gdy nie jest on ojczystym językiem autorów, ale zawsze zamieszczać wersję oryginalną tekstów czy wypowiedzi, a nawet, ewentualnie, tłumaczenia na języki inne niż angielski. Kiedy natomiast pragnie się dotrzeć do publiczności międzynarodowej, lepiej jest proponować wersję angielską obok wersji oryginalnej, by zapewnić jak najszersze oddziaływanie.

3. Czy cyberkultura jest synonimem chaosu i zamieszania?

Ponieważ każdy może zasilać sieć bez jakiegokolwiek pośrednictwa czy cenzury, a żaden rząd, instytucja czy inny autorytet moralny nie gwarantują wartości dostępnych danych, czy można mieć zaufanie do informacji znajdujących się w cyberprzestrzeni? Skoro żadna selekcja czy oficjalna hierarchia nie ułatwiają odnalezienia się w informacyjnym zalewie cyberprzestrzeni, czy nie uczestniczymy raczej w kulturowym rozkładzie niż w postępie? Rozkładzie, który może służyć ostatecznie tylko tym, którzy już opanowali wytyczne, to znaczy osobom uprzywilejowanym z racji wykształcenia, środowiska, prywatnych kontaktów intelektualnych.

Na pierwszy rzut oka pytania takie wydają się uzasadnione. Zasadzają się jednak na fałszywych założeniach.

Prawdą jest, iż żaden centralny autorytet nie gwarantuje wartości informacji, którymi dysponuje cala sieć. Niemniej, sieć Web jest zasilana i utrzymywana przez osoby lub instytucje, które podpisują się pod swym wkładem i czuwają nad jego przydatnością dla internautów. Posłużę się przekonującym przykładem: treść źródła uniwersyteckiego jest gwarantowana przez uniwersytet, w którym działa. Tak jak dla czasopism drukowanych, odpowiedzialność za czasopisma i gazety on-line należy do komitetu wydawniczego. Informacje pochodzące z danego przedsiębiorstwa są gwarantowane przez tę właśnie organizację, która ryzykuje swe dobre imię za pośrednictwem Web co najmniej w taki sam sposób (jeśli nie bardziej) jak w wypadku innych rodzajów komunikacji. Informacje rządowe są oczywiście kontrolowane przez rządy itd.

Wirtualna komunikacja, elektroniczne forum czy newsgroups są bardzo często łagodzone przez osoby odpowiedzialne za nie, które dokonują odsiewu informacji na podstawie ich jakości i rzeczowości.

Nierzadko operatorzy systemów zarządzający serwerami informatycznymi zatrudniani są przez organizacje państwowe (uniwersytety, muzea, ministerstwa) lub instytucje, które dbają o swą reputację (duże przedsiębiorstwa, stowarzyszenia itd.). Owi operatorzy, dysponujący w cyberprzestrzeni znaczną władzą "regionalną", mogą eliminować serwery, za które są odpowiedzialni, informacje czy grupy dyskusyjne sprzeczne z etyką sieci (osławiona netiquette): pomówienia, rasizm, namawianie do przemocy, proksenetyzm, systematyczne przekazywanie nierzeczowych informacji itp. Znamienny jest fakt, iż takie informacje czy praktyki są w sieci bardzo rzadkie. W Internecie funkcjonuje zresztą rodzaj opinii publicznej. Najlepsze węzły są często cytowane lub podawane jako przykład w czasopismach, katalogach i spisach (on-line lub drukowanych). Wiele dróg prowadzi do owych "dobrych" usług. I odwrotnie, internauci rzadko korzystają z sieci o niewielkich czy niepewnych walorach informacyjnych. Funkcjonowanie w sieci odwołuje się więc głównie do odpowiedzialności dostawców i odbiorców informacji w przestrzeni publicznej. Odrzuca kontrolę hierarchiczną (więc nieprzejrzystą), globalną i aprioryczną, co byłoby jedną z możliwych definicji cenzury czy totalitarnego kierowania informacją i komunikacją. Nie sposób dysponować jednocześnie wolnością słowa i aprioryczną selekcją informacji dokonaną przez dziennikarską, naukową, polityczną czy religijną instancję, która wie, co jest prawdziwe i dobre dla wszystkich ludzi.

A chaos, zamieszanie, informacja i komunikacja zalewające cyberprzestrzeń? Czy nie działają na niekorzyść tych, którzy pozbawieni są indywidualnych czy społecznych punktów odniesienia? Obawa ta jest tylko częściowo uzasadniona. Bogactwo informacji i brak globalnego znaczenia a priori nie utrudniają ludziom i ugrupowaniom poruszania się wśród nich i dostosowania pewnych hierarchii, selekcji czy struktur do własnych potrzeb. Zniknęły selekcje, hierarchie i struktury wiedzy traktowane jak powszechnie i zawsze słuszne, czyli totalizująca uniwersalność. Jak już wspominałem, aby ustalić lokalny i prowizoryczny ład w ogólnym nieładzie internauta może posłużyć się coraz doskonalszymi "narzędziami poszukiwana spisami czy instrumentami umożliwiającymi mu poruszanie. Nie należy też wyobrażać sobie, że cyberprzestrzeń wypełniona jest odosobnionymi jednostkami, zagubionymi w masie informacji. Sieć jest narzędziem wzajemnego komunikowania się, wirtualnym miejscem, w którym wspólnoty pomagają swym członkom w poznaniu tego, co pragną wiedzieć. Dane to jedynie surowiec żywego i bardzo wypracowanego procesu intelektualnego i społecznego. Ogrom wspólnej inteligencji świata nigdy nie uwolni jednostki od własnej inteligencji, od osobistego wysiłku i czasu koniecznego na naukę, poszukiwanie, ocenę i integrację z rozmaitymi wspólnotami, nawet o charakterze wirtualnym. Na szczęście sieć nigdy nie będzie za nas myśleć.

4. Czy cyberkultura zrywa z wartościami będącymi podstawą europejskiej nowoczesności?

Przeciwstawiając się postmodernistycznej idei upadku ideałów oświeceniowych uważam, że cyberkultura może być traktowana jako prawowity (choć odległy) spadkobierca progresywnej filozofii XVIII wieku. Nadaje ona rangę udziałowi we wspólnotach nastawionych na dyskusję i argumentację. Wywodzi się w prostej linii z moralności egalitarnej, zachęca do pewnej istotnej wzajemności w kontaktach międzyludzkich. Rozwinęła się poczynając od gorliwie praktykowanej wymiany informacji i wiedzy, którą filozofowie oświecenia traktowali jako główny motor postępu. Gdybyśmy więc kiedykolwiek byli nowocześni, cyberkultura nie byłaby postmodernistyczna, ale z pewnością kontynuowałaby rewolucyjne i republikańskie ideały wolności, równości i braterstwa. Tyle tylko, że w cyberkulturze "wartości" te nabierają realnego kształtu za pomocą konkretnych rozwiązań technicznych. W erze elektronicznych mediów, równość realizowana jest dzięki możliwości powszechnej emisji, wolność obiektywizuje się za pośrednictwem programów kodowania i nieograniczonego dostępu do rozlicznych wspólnot wirtualnych, zaś braterstwo uzyskuje się dzięki przyłączeniom na całym świecie.

Nie pretendując do zdecydowanego postmodernizmu cyberkultura może więc jawić się jako rodzaj technicznej materializacji nowoczesnych idei. Szczególnie współczesna ewolucja informatyki jest zadziwiającą realizacją marksistowskiego celu, jakim było przejęcie narzędzi produkcji przez producentów. Dziś "produkcja" polega głównie na symulowaniu, przetwarzaniu informacji, tworzeniu i transmitowaniu wiadomości, zdobywaniu i przekazywaniu wiedzy, wzajemnej koordynacji w czasie rzeczywistym. Komputery osobiste i sieci numeryczne oddają w ręce jednostek główne narzędzia działalności gospodarczej. Nawet więcej: o ile spektakl (system mediatyczny) jest - zdaniem sytuacjonistów - szczytem kapitalistycznej dominacji, o tyle cyberprzestrzeń dokonuje prawdziwej rewolucji. Każdemu bowiem umożliwia - lub niebawem to uczyni - prezentację tekstów, muzyki, wirtualnego lub innego świata czy jakiegokolwiek wytworu umysłu bez odwoływania się do wydawcy, producenta, popularyzatora czy pośrednika. Niemożności odpowiedzi i odosobnieniu odbiorców telewizji cyberkultura przeciwstawia możliwość bezpośredniej, interaktywnej i wspólnej komunikacji.

Niemal techniczna realizacja ideałów współczesności natychmiast ujawnia jej charakter jako częściowy, niewystarczający. Oczywiste jest bowiem, że ani informatyka, ani cyberkultura (choćby objęły jak największą liczbę ludzi) nie są w stanie rozwiązać głównych problemów życia w społeczeństwie. Faktem jest, że w praktyce realizują nowe formy uniwersalności, braterstwa, współistnienia, przejęcia przez bazę narzędzi produkcji i komunikacji. Zarazem jednak z ogromną szybkością, a nawet gwałtownością, destabilizują gospodarki i społeczeństwa. Obalając stare, uczestniczą w tworzeniu nowych ośrodków władzy, mniej widocznych i trwałych, lecz równie niebezpiecznych.

Cyberkultura jest częściową reakcją na problemy minionej epoki. Sama jednak wywołuje problemy i konflikty, dla których nie istnieje jeszcze żadna próba globalnej odpowiedzi. Trzeba ponownie wypracować stosunek do wiedzy, do pracy, zatrudnienia, pieniądza, demokracji czy Państwa, aby zacytować tylko kilka z najbardziej kwestionowanych form życia społecznego.

Cyberkultura kontynuuje w pewnym sensie wielką tradycję europejskiej kultury, jednocześnie ją przeobrażając.

Tłumaczenie: Justyna Budzyk

Posted in , , |
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Popular Posts

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.